Ks. mjr Ignacy Stryszyk, proboszcz kartuski, prałat i tajny szambelan papieski

 

 Ks. prałat Ignacy Stryszyk urodził się 30 stycznia 1899 r. w Lutowie, pow. sępoleński. Do szkoły średniej uczęszczał w Tucholi, Debrznie i Nakle. W 1917 r. został zaciągnięty do armii niemieckiej trafiając później do niewoli amerykańskiej. W latach 1920 - 22 uczył się w Szkole Podchorążych Piechoty w Warszawie. We wrześniu 1922 r. podjął studia teologiczne w Pelplinie, które ukończył święceniami kapłańskimi w 1926 r.. Przez kolejne pół roku pracował jako wikariusz w Cekcynie, a następnie był administratorem w Wielkim Garcu. Potem przez 1,5 roku pracował jako wikariusz w parafii NMP w Toruniu. W styczniu 1929 r. został mianowany wikariuszem w parafii św. Jakuba w Toruniu, a od 1 stycznia 1930 r. został kapelanem Wojsk Polskich w Toruniu. Od 1 października 1931 r. do wybuchu drugiej wojny światowej pracował jako administrator w parafii wojskowej w Starogardzie Gdańskim w stopniu majora.  Z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej został mianowany szefem duszpasterstwa IV Dywizji Piechoty WP.

   To właśnie mianowanie uratowało go w późniejszych latach od śmierci. 20 września 1939 r. został aresztowany, jako jeniec wojenny osadzony w Żyrardowie, potem w Nienburgu nad Wezerą, a następnie w obozach koncentracyjnych w Stutthofie, Oranienburgu-Sachsenhausen, Dachau. Potem przewieziono go do więzienia gestapo w Gdańsku. Od 3 maja 1941 r. pod nadzorem gestapo zamieszkał na ojcowiźnie u brata Rafała Stryszyka w Wilkowie należącej do parafii Wałdowo.   Po zakończeniu drugiej wojny światowej, ks. Ignacy Stryszyk w sierpniu 1945 r. został najpierw administratorem parafii kartuskiej, a w 1947 r. proboszczem i dziekanem kartuskim. 27 czerwca 1951 r. papież Pius XII mianował ks. Stryszyka z okazji 25 lecia kapłaństwa swym tajnym szambelanem. Ks. szambelan służył papieżowi przez tydzień w roku podczas oficjalnych uroczystości, co oznaczało jego honorowe wyróżnienie w hierarchii kościelnej. Był jedynym kapłanem kartuskim, który otrzymał tak wysokie wyróżnienie od papieża. I był też ostatnim, gdyż obecny papież Franciszek zniósł to wyróżnienie w 2013 r..

 W  1951 r. nastąpiło oficjalne przejecie do parafii kartuskiej kościoła poewangelickiego na Rynku pw. Św. Kazimierza. Dzisiaj jest to już odrębna parafia. Z perspektywy czasu, w tamtym okresie miały miejsce jeszcze dwa ważne wydarzenia. Dziś historyczne.

 Pierwsze to przybycie do Kartuz w dniu 20 kwietnia 1953 r. Ks. Prymasa Stefana Kardynała Wyszyńskiego, od którego ks. Stryszyk otrzymał później podziękowanie za wielce Chrystusowe przyjęcie go przez wiernych w Kartuzach. Drugim wydarzeniem było przybycie do Kartuz w 1953 r.  na spływ kajakowy, wówczas 33 – letniego  duszpasterza akademickiego z Krakowa - Karola Wojtyły późniejszego papieża Jana Pawła II.     Podczas pielgrzymki Kaszubów do Rzymu, już sędziwy Ojciec Święty pamiętał o pobycie w Kartuzach i mówił ze znanym nam swoistym humorem: „Byłem w Kartuzach i spałem na plebanii, na stryszku u księdza Stryszyka”.  W 1957 r., w wieku 58 lat ks. Ignacy Stryszyk został przeniesiony z Kartuz do parafii Nowa Cerkiew, w pobliżu Pelplina. Zmarł jako ks. emeryt, rezydent 28 maja 1963 r. w miejscowości Grzywno, w wieku 64 lat.

 

Stanisław Estkowski, naczelnik Poczty Polskiej w Kartuzach – ofiara pomorskiej „krwawej jesieni“ w 1939 r.

Stanisław Estkowski urodził się 10 grudnia 1892 roku w Łążku, w powiecie świeckim. Był synem Jana Nepomucena Estkowskiego i Julianny z domu Skwierawskiej z Wiela. Ojciec Stanisława zajmował się  rymarstwem.   Do elementarnej szkoły podstawowej uczęszczał w Lipach i Zblewie (powiat starogardzki). Po ukończeniu szkoły w 1906 r.,  przed dwa lata przebywał w domu rodzicielskim. Pragnąc zostać kupcem,  rozpoczął naukę w trzyletniej szkole  ludowej  w Chełmnie.  Podjął pracę jako dysponent w jednej z firm kupieckich w Grudziądzu. Po wybuchu I wojny światowej  został wcielony do armii niemieckiej. Walczył na froncie zachodnim i wschodnim. Był trzy razy ranny. Po pobycie w szpitalu w 1919 roku powrócił w rodzinne strony. W  1920 r. podjął  pracę  jako siła pomocnicza w urzędzie pocztowym w Grudziądzu. W tym samym roku  zawarł związek małżeński z  Pauliną  Domachowską.  Mieli dwoje dzieci, syna Stanisława i córkę Stefanię. Były to bliźnięta. W 1924 r. Estkowski został przeniesiony  do urzędu pocztowego w Lubiczu (obecnie powiat toruński). Pełnił tam,  przez  sześć lat, funkcję naczelnika urzędu pocztowego IV kl.. Na jego prośbę został dopuszczony do konkursu na stanowisko naczelnika poczty w Kartuzach. 29 stycznia 1930 r. został mianowany naczelnikiem tego urzędu. 25 stycznia 1933 r.  Stanisław Estkowski zdał egzamin na stanowisko kierownicze i kontrolne przed Komisją Egzaminacyjną przy Ministerstwie Poczt i Telegrafów. Stanisław Estkowski przeszedł także specjalne wyszkolenie wojskowe techniczne, kurs radiotelegraficzny i łączności. 

Z początkiem września 1939 r. został aresztowany przez gestapo w Kartuzach.  Powodem aresztowania Estkowskiego   była jego patriotyczna postawa, działalność społeczno-polityczna  a przede wszystkim skuteczność w rozszyfrowywaniu niemieckich telegramów.

Z więzienia kartuskiego, aresztowanych  wywożono do obozu w Borowie[1], stamtąd trafiali do Stutthofu lub byli mordowani w masowych egzekucjach w lesie kaliskim.   Estkowski w  obozie w Borowie przebywał do końca października. Los, jaki czekał tam osadzonych był różnorodny. Stanisław Estkowski poddawany był ciągłym przesłuchaniom i  torturom. Więźniów zmuszano także do pracy w okolicznych gospodarstwach. To właśnie od współwięźniów wracających z pracy z majątku Małkowo koło Żukowa, oraz naocznego świadka znany jest nam  los naczelnika kartuskiej poczty.

Według jednej z zachowanych  relacji, Stanisława Estkowskiego powieszono za ręce, najpierw przestrzelono mu dłonie, kolana, kostki u nóg, a potem zawołano dra Ramelskiego, aby zaopatrzył mu rany. Tak zamęczonego zrzucono  na podłogę. Ktoś w zielonym mundurze i z zieloną opaską strzelił Estkowskiemu z karabinu Mauser 98 w głowę i ruchem nogi wrzucił do  uprzednio wykopanego dołu. Jednak w protokole z  ekshumacji,  nie ma zapisu o  przestrzeleniu czaszki. W obozie w Borowie wraz z Stanisławem Estkowskim więziono kilku innych mieszkańców Kartuz,  między innymi doktora Ramelskiego, Wieczorkiewicza, Jankowskiego z ulicy Parkowej.

Po wojnie odnaleziono pojedynczy grób  naczelnika poczty w Kartuzach, którego  zamordowano  przypuszczalnie pod koniec października 1939 r. w miejscowości  Borowo przy jeziorze Karlikowskim,  na posiadłości  Franciszki Formelowej. W  dniu, w którym  zastrzelono Estkowskiego zabito także dziewięciu oficerów Wojska Polskiego. Po wojnie groby zostały odkopane, zwłoki ekshumowane i pochowane na cmentarzu w Kartuzach. W skład komisji ekshumacyjnej wchodzili przedstawiciele Sądu Okręgowego w Gdańsku, lekarz powiatowy, przedstawiciel oddziału PCK oraz przedstawiciel Starostwa Powiatowego w Kartuzach.  

15 listopada 1946 roku odbył się w Kartuzach uroczysty  pogrzeb byłego naczelnika poczty śp. Stanisława Estkowskiego. Na uroczystości pogrzebowe  przybyły liczne delegacje z okolicznych urzędów, organizacji społecznych oraz mieszkańcy Kartuz.

Ks. dr Witold Szymczukiewicz – Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata  

Witold Szymczukiewicz urodził się 24 czerwca 1910 roku w Gatczynie  koło Petersburga. Jego rodzicami byli Michał i Elżbieta z domu  Kojro. Miał troje rodzeństwa. Po zakończeniu I wojny światowej wraz z rodziną osiadł w Białymstoku. W 1927 roku wstąpił do gimnazjum w Nowogródku, a potem uczęszczał do Gimnazjum Biskupiego w Drohiczynie, które ukończył w 1932 roku. Po maturze, którą uzyskał w Białymstoku, odbył służbę wojskową w Zambrowie i jako podchorąży we wrześniu 1933 roku wstąpił do Seminarium Duchownego w Wilnie. Studia seminaryjne połączone były wówczas z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie. Ukończył je, zdobywając stopień magistra teologii. Święcenia prezbiteriatu przyjął 18 czerwca 1939 roku.

Pierwszą placówką duszpasterską ks. Witolda była Kalwaria Wileńska. Niestety, 19 września 1939 roku po bohaterskiej obronie Wilna przez Polaków, miasto zajęli Rosjanie. Niszczono wszelkie przejawy polskości w mieście, zatrzymując wielu polskich działaczy, w tym ks. Witolda. Został internowany, przetrzymywano go w opuszczonym klasztorze w Liszkiewie za szerzenie działalności w duchu patriotyzmu polskiego. Po interwencji władz kościelnych ks. Szymczukiewicz został zwolniony i wysłany przez biskupa na spokojniejszą placówkę do Rukojnic koło Miednik. Pełnił tam posługę kapłańską jako wikariusz. Kiedy na tereny województwa wileńskiego wkroczyły wojska niemieckie, ksiądz Witold słusznie przypuszczał, że Niemcy stworzą getta, tak jak to miało miejsce w Warszawie, Łodzi i wielu innych miastach.  Mimo restrykcji grożących ze strony niemieckich okupantów, ksiądz udzielał pomocy i schronienia Żydom, czynnie włączając się w akcję ich ratowania. Za tę działalność został odznaczony najwyższym izraelskim odznaczeniem cywilnym Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, przyznawanym przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Jad Waszem w Jerozolimie.  

Na skutek zmian granic Polski ks. Szymczukiewicz w 1945 roku, tak jak wielu innych kapłanów czy też polskich mieszkańców Wileńszczyzny, wyjechał na tzw. Ziemie Odzyskane. Przybył do Kartuz. Pracował tutaj jako rektor kościoła i kapelan szpitalny oraz prefekt szkolny w gimnazjum. W 1946 roku należał do Związku Zawodowego Transportowców w Kartuzach. Kaszubi go polubili. W Kartuzach było także wielu nauczycieli z Wileńszczyzny, z którymi ksiądz Witold się przyjaźnił, szczególnie zaś z Zofią Baranowicz. Jego postawa patriotyczna, umiłowanie ojczyzny, dały się poznać w trakcie posługi kapłańskiej także w Kartuzach. Organizował msze święte 11 listopada – w dniu przedwojennego Święta Niepodległości, którego przecież komuniści nie obchodzili, tak jak zwalczali przedwojenny Związek Harcerstwa Polskiego.  Kapłan o niepokornej naturze tym bardziej angażował się w życie organizacji harcerek i harcerzy. Zaprojektował dla nich, jako ich kapelan, sztandar Semper Fidelis. Sztandar został poświęcony 10 listopada 1946 roku przez biskupa chełmińskiego ks. Józefa Kowalskiego. Urząd Bezpieczeństwa Publicznego zarzucił wówczas komendzie hufca, że zorganizowała capstrzyk z licznym udziałem społeczeństwa w przeddzień sanacyjnego święta 11 listopada.

Na przełomie 1947 i 1948 roku wprowadzono zmiany w organizacji harcerstwa w Polsce, zlikwidowano funkcję kapelana harcerstwa kartuskiego. W tym czasie nasiliła się w Polsce akcja antykościelna. Za swoją działalność ks. Witold został przez władze usunięty i przeniesiony do Redy.  Zanim jednak rozpoczął posługę w Redzie, przez dwa miesiące w 1948 roku przebywał w Sianowie w powiecie kartuskim. Następnie podjął posługę duszpasterską w Ordynariacie Gorzowskim. W latach 1950–1960 pełnił funkcję proboszcza parafii pw. Św. Marii Magdaleny w Ugoszczy (dekanat Bytów) i dodatkowo administrował kościołem w Sominach.  Przez krótki okres był proboszczem w Wałczu, następnie proboszczem i dziekanem w parafii NMP Królowej Różańca Św. w Słupsku. W  1972 roku Stolica Apostolska odznaczyła Szymczukiewicza godnością kapelana Ojca Św.  W 1979 r. powrócił do Kartuz.  W Kartuzach ksiądz Szymczukiewicz kupił dom od lekarza Danielewicza przy dzisiejszej ulicy Piłsudskiego. W 1987 roku dom przekazał bp. Ignacowi Jeżowi, ten zaś podarował go ruchowi szynsztackiemu. W ten sposób do Kartuz sprowadziły się siostry szynsztackie. Ksiądz Szymczukiewicz zmarł na wylew krwi do mózgu 19 września 1987 roku.

 

Marta Bistroń – choreografka, hafciarka, założycielka Regionalnego Zespołu Pieśni i Tańca Kaszuby

            Marta Bistroń urodziła się 7.09.1905 roku w Garczu koło Chmielna, w kaszubskiej z dziada pradziada rodzinie. Ojciec, gdy żenił się z jej matką, miał już dziewięciu synów — był wdowcem. Później z  drugiego małżeństwa urodziło się  sześcioro dzieci. Rodzice pracowali u Lewińskiego na majątku w Reskowie. Było biednie. Stąd  przyrodni bracia Marty szybko wywędrowali w świat – za chlebem.  Na rodzimych Kaszubach pracy dla młodych rąk nie starczało. W domu została tylko Marcia z najmłodszą siostrą. Miała  pięć lat, gdy rodzice przenieśli się w poszukiwaniu pracy do Kartuz i w tym mieście spędziła już całą resztę niełatwego życia. Bieda była na Kaszubach częstym gościem, więc  Marta, choć tak bardzo chciała uczyć się krawiectwa  – musiała pójść na służbę.  Wychowana w tradycji kaszubskiej, na opowieściach o zaklętym zamku,  królewionkach, nie przypuszczała, że wiedza ta będzie bardzo przydatna w późniejszej jej działalności. Muzyka i śpiew towarzyszył Marcie od zawsze,  przy wspólnemu haftowaniu, darciu pierza i innych zajęciach. Pierwsza była do tańca, do śpiewu i do teatru.

            W latach 1930—1939 w Kartuzach działał zespół „Welecja” prowadzony przez Franciszkę Majkowską, siostrę  dr Aleksandra Majkowskiego.  Marta  od 1931 r. była jego członkinią.  Wkrótce wyszła za mąż, za kolejarza Leonarda Richerta, który  był sekretarzem gazety „Zrzesz Kaszëbskô”. Podjęła naukę haftu u Franciszki Majkowskiej. Kiedy wszystko zaczęło się dobrze układać,  przyszła niespodziewanie  śmierć męża. Pani Marta, wraz z dwojgiem dzieci, została z nie wielką rentą. Kolejna straszna wiadomość w życiu Marty to wybuch II wojny światowej,  drugiej  też w jej  życiu.  Ucichły śpiewy. Nie było miejsca na taniec i muzykę. Sprawą numer jeden stało się fizyczne przetrwanie co w warunkach wojny było niezwykle trudne. Drugi mąż,  Antoni Bystroń, po ucieczce z organizacji TOD musiał się  ukrywać. Starsze dzieci zostały wywiezione na roboty przymusowe. Z  dwójką maleństw z drugiego małżeństwa, musiała sobie radzić sama.  Różnymi sposobami zdobywała środki do życia. I znowu haft, którego najlepsze prawidła przyjęła od mistrzyni w tej sztuce Franciszki Majkowskiej, pomógł przetrwać trudny czas.

Po wojnie, w 1946 r. stworzyła Zespół Pieśni i Tańca „Kaszuby” (obecnie Regionalny Zespół Pieśni i Tańca „Kaszuby”) z Kartuz. Była jego kierownikiem, kapelmistrzem (1946-1952) i długoletnim choreografem (1946-1953 oraz 1957-1985).  Jego pierwszy skład miał charakter familijny. Weszła doń córka – Zofia Kryszewska wraz z mężem, syn Stanisław, Urszula Grzybkowska – siostrzenica, Aniela i Leon Belowie – krewni oraz wszyscy chętni spoza rodziny. Szyli pośpiesznie i haftowali pierwsze stroje: bluzki z prześcieradeł, spódnice z wsypy. Pod okiem A. Tomaczkowskiego zrekonstruowali zapomniane instrumenty: bazuny, burczybasy, diabelskie skrzypce.  Po raz pierwszy zespół wystąpił  publicznie w Gdańsku podczas akademii zorganizowanej z okazji I rocznicy wyzwolenia tego miasta spod okupacji hitlerowskiej. Założycielka i pierwsza kierowniczka Zespołu prowadziła go z powodzeniem przez pierwsze 5 lat jego istnienia. Następnymi kierownikami Zespołu byli kolejno: Alojzy Kamiński, Stanisław Itrych, Stanisław Richert, Zofia Mrozewska, Henryk Szałach, a od 1961 r. do 2019 r.  „Kaszubami” kierował  Franciszek Kwidziński —członek zespołu od 1952 r. 

Marta Bistroń powołała do życia także dziecięcy zespół „Modraki” w Kartuzach. Zmarła 11.02.1996 r. w Kartuzach.

Jan Rompski

 

Jan Rompski urodził się  8 grudnia 1916 roku w Kartuzach przy ulicy Gdańskiej 24. Już we  wczesnej młodości zaangażował się w działania na rzecz kaszubszczyzny. Jego siostra Aniela wyszła za mąż za Jana Trepczyka jednego z najwybitniejszych poetów kaszubskich.  Szkołę podstawową ukończył w 1927 r.. Pracował jako zecer. Związał się z młodymi działaczami kaszubskimi, którzy założyli Zrzeszenie Regionalne Kaszubów i od 1933 r.  wydawali pismo „Zrzesz Kaszëbskô", w którym debiutował wierszem "Kiej". Edukację kontynuował zaocznie w prywatnym Gimnazjum im. H. Kołłątaja w Krakowie. W marcu 1936 r. przerwał naukę z powodu powołania do wojska. Został wcielony do 30 pułku piechoty w Warszawie, w którym służył do października  1936 r.. Zwolniono go z powodów zdrowotnych, prawdopodobnie przez słaby wzrok. Zapisał się do Państwowego Gimnazjum im. Marii Magdaleny w Poznaniu i                 15 października 1937 r. zdał w nim maturę. Podjął  pracę w szkole Tłukawach w Wielkopolsce, gdzie uczył jego szwagier Jan Trepczyk. Rompski przez jeden semestr prowadził tam kursy oświaty pozaszkolnej dla dorosłych.

Wiele wtedy pisał, m.in. stworzył dramat "Vzenjik Arkonë", którego fragmenty opublikował w "Zrzeszy". 25 czerwca 1936 r. Rozgłośnia Pomorska Polskiego Radia w Toruniu nadała (dwukrotnie) jego kaszubską sztukę „Rëbôcë“. 14 lutego 1938 r. w Kartuzach uczestniczył w uroczystościach pogrzebowych Aleksandra Majkowskiego, którym też nadał starokaszubski charakter. Od połowy 1938 r. Rompski mieszkał w Wejherowie, gdzie kierował referatem opieki społecznej w Zarządzie Miejskim.

 W latach okupacji był aktywnym członkiem T.O.W. „Gryf Pomorski”, aresztowany przez gestapo,  został osadzony  w gdańskich więzieniach i następnie w obozie koncentracyjnym Stutthof. Trafił do kolonii pracy, gdzie przebywał do wyzwolenia obozu przez Armię Czerwoną  9 maja 1945r.. Wrócił do Wejherowa i zamieszkał przy Rynku, pod nr  7.

Był  współredaktorem i przez krótki czas redaktorem naczelnym wydawanego w Wejherowie pisma „Zrzesz Kaszëbskô".

Jan Rompski był członkiem – założycielem Zrzeszenia Kaszubskiego i przez kilka lat członkiem jego Prezydium, członkiem Polskiego Towarzystwa  Ludoznawczego i Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Etnograficznego w Toruniu. W 1950 r. w Toruniu ukończył studia etnograficzne ze stopniem magistra, pod kierunkiem profesor Stelmachowskiej znanej z szeregu prac etnograficznych obejmujących przede wszystkim regiony pomorsko – kaszubskie.

W trudnym okresie organizowania i rozszerzania Muzeum Okręgowego w Toruniu objął w 1951 r.  w nim stanowisko kustosza, pracując pod kierunkiem znanego specjalisty muzeologa   dr Jerzego Remera, dyrektora Muzeum, którego był zastępcą, do końca 1966 roku. W Muzeum kierował bezpośrednio Wydziałem Oświaty i Informacji, będąc m.in. odpowiedzialny za szkolenie młodszej kadry pracowników naukowych. Odszedł z tego stanowiska na tle różnic o zasady jakie w pewnej chwili wyłoniły się między nim a jego przełożonym.

            Stamtąd przeszedł do pracy w toruńskim Muzeum Etnograficznym, gdzie objął stanowisko kustosza. Dyrektor Muzeum profesor dr Maria Znamierowska – Prüfferowa powierzyła mu organizację i budowę przy muzeum  skansenu, do czego zabrał się z entuzjazmem. Pierwszym obiektem budowy było obejście wiejskiego typu kujawskiego z pobliskiego powiatu włocławskiego, następnym miała być chata kaszubska z podcieniem przygotowana już do postawienia.    Obok swoich rozliczonych obowiązków służbowych i społecznych, obok prac literackich pisanych prozą i wierszem w wolniejszych chwilach przygotowywał od lat pracę doktorską, której promotorem był wybitny etnograf profesor dr Burszta z Uniwersytetu Poznańskiego. Niestety z różnych powodów jej nie ukończył. Znał biegle język niemiecki,  opanował także w ciągu kilku lat nauki język angielski.

 Pod koniec 1960 r. Rompski stał się jednym z obiektów ataku władz na rzekomych separatystów kaszubskich. 14 grudnia 1960 r. przeprowadzono w jego toruńskim domu rewizję, zabierając korespondencję i rękopisy utworów oraz maszynopisy manifestów i krytyk, wezwano go też na przesłuchanie do Prokuratury Wojskowej.  Pisarz protestował przeciwko temu w licznych listach do władz.  15 stycznia 1961 r. władze Zrzeszenia Kaszubskiego udzieliły mu nagany i zawiesiły w prawach członka na jeden rok za omawianie spraw kaszubskich poza forum organizacji. Te niesprawiedliwe szykany, które dotknęły również Aleksandra Labudę i Stefana Bieszka, zostały anulowane jako bezprawne decyzją nowych władz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego podjętą 7 listopada 1971 r., czyli już po śmierci pisarza. W 1964 r.  wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Kilka dni przed śmiercią przygotował do druku większą pracę folklorystyczną pt. „Ścinanie kani”. W pracy tej opisywał naukowo kaszubski obrzęd ścinania kani. Interesował się on wszystkimi zagadnieniami i zjawiskami życia, nawet taką dziedziną jak parapsychologia. Szło to zresztą po linii jego zainteresowań naukowych dot. wierzeń ludowych. Z pasją konfrontował prymitywizm wierzeniowy z dociekaniem typu naukowego.

Zmarł 30 grudnia 1969 w szpitalu w Toruniu. Został pochowany 5 stycznia 1970 r. na cmentarzu w Kartuzach niedaleko grobu swego mistrza Aleksandra Majkowskiego.

                       

Franciszek Brzeziński gawędziarz Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach

 Franciszek Brzeziński urodził się 8 czerwca 1925 roku w Borzestowie w powiecie kartuskim. Już we wczesnym dzieciństwie stracił oboje rodziców.  Dalszym wychowaniem Franciszka oraz dwojga jego rodzeństwa Jana i Stasi,   zajęła się siostra matki o nazwisku Król. Ciotka franciszkanka, wesołego usposobienia, dobrze opiekowała się trójką dzieci.

Franciszek Brzeziński edukację szkolną rozpoczął w szkole podstawowej w Borzestowie. Wybuch II wojny światowej uniemożliwił  mu dalszą naukę.

Tereny Pomorza, w tym powiatu kartuskiego, zostały inkorporowane do Rzeszy. Niosło to za sobą zmiany nie tylko administracyjne, ale i ludnościowe. Mieszkańcy byli  zastraszani i zmuszani do podpisywania Niemieckiej Listy Narodowej.  22 lutego 1942 roku Albert Forster, namiestnik Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, wydał rozporządzenie, w którym nakazywał wpisywanie się na Niemiecką Listę Narodową. Znalazło się tam także i zdanie, że kto do marca tego roku nie podpisze takiej listy, uznany będzie za wroga III Rzeszy…

Później specjalnym zarządzeniem wprowadzono Niemiecką Listę Narodowościową - Deutsche Volksliste  (DVL).

Należy przypuszczać, że ciocia Franciszka Brzezińskiego, z obawy o życie własne i dzieci, podpisała Deutsche Volksliste.  Decyzja ta miała przykre konsekwencje, gdyż Franciszek w wieku 18 lat został powołany do wojska niemieckiego. Walczył we Francji. Koniec wojny zastał go w Monachium. Podróż końmi z południa Niemiec w rodzinne strony trwała 8 tygodni. Radość Franciszka z zakończenia działań wojennych  i powrotu do Borzestowa nie trwała długo. Sytuacja w kraju i powiecie gdzie działało NKWD nie napawała optymizmem, tym bardziej, że brat  Franciszka  został zatrzymany w  więzieniu Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kartuzach.

W 1950 roku Brzeziński  przeprowadził się do Kartuz, w związku z propozycją pracy w muzeum, jaką otrzymał od Franciszka Tredera. Praca miała polegać na pomocy przy pozyskiwaniu i konserwowaniu zbiorów. Treder nie przypuszczał nawet, że 25 letni wówczas młodzieniec Franciszek Brzeziński spędzi w tym muzeum resztę swego życia - aż 47 lat – i będzie pracował w nim do swej śmierci. Daty śmierci obu pasjonatów okazały się jednakowe - 20 sierpnia Tredera w 1980 r., Brzezińskiego w 1997 r.

Od tej pory Franciszek był nierozerwalnie związany z Muzeum i z Kartuzami. Tutaj też poznał miłość swojego życia.  W 1954 roku odbył się ślub Franciszka z Kazimierą, zaś w  1959 roku na świat przyszła ich pierwsza córka Joanna. Trzy lata później urodził się syn Tomasz,  po kilku latach Hanna.  Jedyny syn Franciszka był jego oczkiem w głowie. Wiadomość o  chorobie Tomasza spadła na rodzinę jak grom z jasnego nieba. Pomimo ogromnej  pomocy ze strony środowiska lekarskiego – pani Kazimiera była pielęgniarką – diagnoza była bezlitosna – białaczka.Franciszek bardzo mocno przeżył śmierć syna, który zmarł w wieku 8 lat. Wówczas jeszcze bardziej poświęcił się pracy w Muzeum.

Pomagał Trederowi nie tylko przy zdobywaniu i konserwowaniu  eksponatów, ale i przy pracach remontowych oraz porządkowych w  Muzeum Kaszubskim. Razem wyruszali w teren na motocyklu, aby pozyskiwać nowe skarby. Współuczestniczył w badaniach terenowych i dyskusjach ze znanymi badaczami regionu kaszubskiego.

Jednocześnie oprowadzał coraz częściej przybywające do Muzeum wycieczki. Powoli zyskiwał sympatię gości Muzeum,  potrafił w  interesujący sposób, a przy tym z wielkim poczuciem humoru, przekazać informacje na temat regionu kaszubskiego. Miał niezwykłą umiejętność dostosowywania opowieści do wieku zwiedzających. Umiał  zainteresować wszystkich – od przedszkolaka do ludzi nauki. Był powszechnie lubiany i szanowany. Bywało, że wycieczki szkolne i zakładowe przyjeżdżały do Muzeum specjalnie,  żeby posłuchać opowieści pana Franka.

Specyficzny styl opowiadania, świetne poczucie humoru, muzykalność, a przede wszystkim otwartość na ludzi, wzbudzała  w turystach wielką sympatię do Franciszka Brzezińskiego. Miał nieprzeciętne zdolności gawędziarskie, toteż nikogo nie dziwił fakt, iż był wielokrotnym laureatem konkursów krasomówczych.

Jego zaangażowanie w krzewienie kaszubszczyzny zostało docenione przez przyznanie mu licznych odznaczeń i medali. W 1992 roku otrzymał nadany mu przez Prezydenta RP Lecha Wałęsę Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł 20 sierpnia 1997 r. w Kartuzach i tutaj został pochowany. 

 

Franciszka Majkowska – hafciarka, kreatorka muzealnictwa kartuskiego i wejherowskiego

 

Franciszka Majkowska urodziła się w 1882 r. w Kościerzynie – jej ojciec Jan pracował jako woźnica, matka Józefina z.d. Baske pochodziła z gburskiej rodziny. Franciszka Majkowska, w przeciwieństwie do swojego brata Aleksandra nie otrzymała starannego wykształcenia akademickiego, zapewne wpływ na to miała sytuacja ekonomiczna rodziny. Należy pamiętać, że studia medyczne Aleksandra w dużej mierze były finansowane dzięki wsparciu Towarzystwa Pomocy Naukowej w Chełmnie a także krewnych. Pomoc stypendialna niestety w tamtym okresie na Pomorzu nie obejmowała kształcenia dziewcząt.

Franciszka Majkowska uczęszczała do Zakładu Marii Panny Anielskiej w Kościerzynie.  Po ukończeniu nauki w Kościerzynie w latach 1910- 1912 pracowała w charakterze guwernantki języka niemieckiego, a także pomocy domowej w Warszawie (u państwa Bronowskich). W  1911 r. przeprowadziła się do Łodzi – w mieście tym -  pracowała  u Państwa Świerczewskich. W 1912 r. Majkowska ze względów zdrowotnych i ekonomicznych zdecydowała się na powrót do Kościerzyny. W tym czasie jej brat - Aleksander założył  w Gdańsku - Towarzystwo Młodokaszubów oraz Czasopismo „Gryf Kaszubski”.  Franciszka podjęła  pracę w redakcji tego czasopisma. Prawdopodobnie w 1919 r. za namową ks. Kamila Kantaka, przyjaciela hafciarki, Majkowska zatrudniła się w charakterze sekretarki u historyka ks. Pawła Czaplewskiego w Szynychu k. Grudziądza. Pracowała    u ks. Czaplewskiego  do sierpnia 1920 r. Na prośbę brata - Aleksandra Majkowskiego zamieszkała w Gdańsku. W mieście tym pracowała jako stenotypistka w biurze Delegacji Polskiej Międzynarodowej Komisji Granicznej.

Pod koniec 1920 r. do 1921 r. mieszkała u swojej siostry Heleny Radtke w Dobrzewinie, której mąż był właścicielem dworku oraz majątku tzw. resztówki. Było to miejsce częstych pobytów Franciszki i w ogóle rodziny Majkowskich w latach 20. i 30.XX w. Musimy pamiętać, że Majkowski po I wojnie światowej – w 1921 r. osiadł w Kartuzach.  Był niezwykle związany z tym miastem. W niedługim  czasie, bo w 1923 r. Kartuzy uzyskały prawa miejskie oraz herb według  projektu Aleksandra Majkowskiego. Franciszka Majkowska związana była z Kartuzami od 1930 roku z racji zamieszkania. Jednak już znaczniej wcześniej, bo w 1922 r. działała w tym mieście, pomagając swemu bratu  Aleksandrowi  Majkowskiemu przy organizacji niewielkiej ekspozycji zbiorów z przedwojennego muzeum z Sopotu. Franciszka służyła mu pomocą oraz przez cały okres II wojny światowej miała pieczę nad eksponatami. Mieszkała przy placu św. Brunona  w Kartuzach. Tu prowadziła kursy haftu kaszubskiego, jednocześnie ucząc zajęć praktycznych w Szkole Powszechnej i w Szkole Dokształcającej. 

 W 1932 r. w Kartuzach powstała Szkoła Kaszubskiego Przemysłu, która   działała w ramach Zrzeszenia Regionalnego Kaszubów. Jedyną jej  działalnością  były kursy haftu, organizowane  i prowadzone przez Franciszkę Majkowską. Efekty tej pracy zostały  wyeksponowane w formie stałej wystawy w Dworze Kaszubskim, w tworzonym tam muzeum. Szczególne miejsce w życiu (działalności) Majkowskiej zajmował haft kaszubski. W jednym z swych notatników pisze: Sprawie kaszubskiej sztuki ludowej, a szczególnie haftom i strojowi ludowemu, poświęciłam całe życie.

Dzięki działaniom Teodory Gulgowskiej, która  z kaszubską sztuką ludową zetknęła się w Żukowie u swego brata - księdza Jana Fethke oraz Franciszki Majkowskiej haft stał się najbardziej znanym rękodziełem kaszubskim. Przypuszczalnie Aleksander Majkowski nakłonił siostrę, aby stworzyła strój kaszubski, który będzie wyróżnikiem Kaszubów na tle innych grup etnicznych. Majkowska pragnęła aby Kaszubi identyfikowali się ze swoim regionem  za pomocą stroju. Na początku XX w. tradycyjny, kaszubski strój ludowy zanikł w wyniku przemian społecznych takich jak uwłaszczenie chłopów oraz uprzemysłowienie, a także szybki rozwój infrastruktury kolejowej. Tkaniny fabryczne, produkowane masowo były coraz tańsze a co za tym idzie bardziej dostępne, wypierały ręcznie wykonywane samodziały.

Jedynym elementem, tradycyjnego stroju kobiecego, który przetrwał był czepiec. Franciszka Majkowska była kreatorką stroju kaszubskiego. Jej strój świetlicowy przyjmował się w wiejskich teatrach amatorskich i używany  był podczas uroczystości dorocznych. Najbardziej rozpowszechnił się on w takiej formie jaką mu nadała  Majkowska. Posługiwał się nim m.in. zespół chóralno-taneczny Welecja w Kartuzach, a w 1930 r. uczestnicy uroczystości dożynkowych w Warszawie. Inne grupy amatorskie wprowadziły do owego kompletu tylko drobne zmiany.  W dniach 2-5 maja 1932 r. Zespół Welecja z Kartuz pod kierownictwem Franciszki  Majkowskiej  występował w Warszawie, gdzie gościł również w Belwederze u prezydenta Mościckiego. Można wysunąć hipotezę, że gdyby nie przeprowadzka Majkowskiej do Wejherowa, nie byłoby  szkoły haftu wejherowskiego  a powstałaby szkoła kartuska. W 1930 r. Franciszka Majkowska wraz z Leokadią Grzenią organizowały kursy haftu kaszubskiego. Od 1934 r. aż do wybuchu II wojny światowej Majkowska była  kierowniczką pracowni haftów kaszubskich w Kartuzach. Kilka jej haftów znajduje się w zbiorach Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach. Z ważniejszych inicjatyw Majkowskiej  należy wymienić: udział w  „Pierwszej Pomorskiej Wystawie Rolnictwa i Przemysłu w 1925 r., ekspozycję haftów kaszubskich w Domu Społecznym w Toruniu, (autorka prezentuje m. in. swoje słynne lalki w stroju kaszubskim) czy też wystawa sztuki ludowej w „Dworze Kaszubskim” w Kartuzach w 1932 r.

Krótko przed wojną przy ulicy Gdańskiej 1,  Franciszka Majkowska otworzyła kolejny warsztat, pracownię haftów ze stałą wystawą sztuki oraz własnej sztuki stosowanej. Okres wojny Majkowska spędziła w domu położonym przy ulicy Wzgórzu Wolności 8. W czasie wojny (1940-1945)  pracowała w biurze urzędu wyżywienia  (Ernährungsamt) w Kartuzach. Po wojnie zaangażowała się a wręcz inicjowała życie kulturalne w Kartuzach.

Franciszka Majkowska była niezwykle zaangażowana w sprawy ruchu kaszubskiego. Gromadziła zabytki kultury ludowej, organizowała kursy haftu kaszubskiego, prowadziła świetlicę kaszubską, w której rozwijały się często  talenty wokalno-teatralne. W Kartuzach w 1945 r. m.in. z inicjatywy F. Majkowskiej powstał Powiatowy Ośrodek Krzewienia Kultury i Sztuki (POKKS). W 1946 r. POKKS utrzymywał  Muzeum Kaszubskie, Bibliotekę Publiczną i Uniwersytet Powszechny.  W 1947 r. ośrodek przekształcił się w Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Kaszubskiego, które wspierało działania Franciszki Majkowskiej i Franciszka Tredera. Przy Muzeum Kaszubskim  uruchomiono pracownię haftu kaszubskiego, którą prowadziła Franciszka Majkowska, zaś już od 26 sierpnia do 15 października 1945 r. można było oglądać pierwszą  po wojnie wystawę kaszubskiej sztuki ludowej. Stworzone przez Majkowską   w „Kaszubskim Dworze” Muzeum,  musiało  opuścić ten budynek na rzecz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W 1946 r. Muzeum przeniosło się z „Dworu Kaszubskiego”   do gmachu przy ulicy Kościerskiej.  W 1946 r. w zatwierdzonym planie budżetowym, jako kierownik Muzeum widnieje Edward Ogórek, a jako społeczny kustosz Leopold Kosiński. Mając na uwadze wiedzę i doświadczenie Franciszka Tredera w tej materii, Powiatowy Komitet do Spraw Kultury poprosił go o zreorganizowanie muzeum   i przeprowadzenie inwentaryzacji zbiorów. Otworzyła się nowa perspektywa dla Tredera. W połączeniu kolekcji Majkowskiej, Kotowskiego z kolekcją Tredera widziano szansę na rozwój instytucji.  

Nie wiadomo dlaczego w  1948 r. Franciszka Majkowska wyprowadziła się z Kartuz do Białej Góry. Nadal jednak utrzymywała kontakty z muzeum i jego kierownikiem Franciszkiem Trederem. W okresie od stycznia 1949 r. do maja 1951 r. była zatrudniona przez Ligę Kobiet w Wejherowie w charakterze kierowniczki świetlicy, zaś od 1 maja do 31 grudnia 1951 r. w charakterze instruktorki regionalizmu kaszubskiego.  Majkowska  w 1952 r. podjęła pracę w Bibliotece Publicznej w Wejherowie, w której pracowała do 1.11.1952 r., będąc jednocześnie zatrudniona w Bibliotece Gminnej w Luzinie. W roku 1956 Majkowska zaczęła również aktywną działalność w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim, w którym działa do końca swojego życia. Zrzeszenie też stało się dla niej organizacją dającą nadzieję na rozwój ruchu kaszubskiego oraz na powstanie „nowego” Muzeum Kaszubskiego, które otwarto w Wejherowie, już po jej śmierci w 1968 r., na bazie materiałów zgromadzonych przez Majkowską. Przyjęło ono nazwę, Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej, a jego pierwszym dyrektorem był Paweł Labuda. Franciszka Majkowska zmarła, mając 85 lat, 19 sierpnia 1967 r. w szpitalu powiatowym w Iławie, gdzie przebywała u swojej siostrzenicy, Mirosławy Kulczyńskiej. Trzy dni później została pochowana na cmentarzu rzymsko-katolickim w Wejherowie.

 Stanisław Szarmach – dyrektor Szkoły Podstawowej w Dzierżążnie zamordowany w Katyniu

 

Stanisław Szarmach urodził się 12 listopada 1897 roku w Lipach w powiecie kościerskim. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r..  Ukończył seminarium nauczycielskie w Grudziądzu. W 1922 r. otrzymał posadę kierownika szkoły podstawowej w Dzierżążnie. Początki pracy były bardzo trudne. Stanisław Szarmach pełnił funkcję dyrektora, nauczyciela a zarazem woźnego. Bardzo szybko rodzice jak i dzieci polubili swojego profesora. Wspominali, że: „zawsze był pogodny, a twarz jego zdobił uśmiech. Był myśliwym i dlatego z wielką uwagą słuchaliśmy jego opowiadań o zwierzętach i roślinkach. Organizował nam wolny czas”. Stanisław Szarmach był wielkim patriotą, swą wiedzę z wielkim oddaniem przekazywał uczniom. W szkole poznał nauczycielkę Łucję Repkowską,  pobrali się w 1937 r..  W sierpniu 1939 r. Stanisław Szarmach  został skierowany do Ośrodka Zapasowego 16. dywizji piechoty w Radomiu. Brał udział w walkach z agresorem niemieckim jako oficer  Zgrupowania „Radom”. Oddział Stanisława Szarmacha wycofywał się na wschód, aby dotrzeć do Rumunii lub Węgier. W rejonie Biłgoraju dowództwo zgrupowania przyjęło warunki radzieckie złożenia broni. Zgodnie z umową mieli otrzymać dokumenty. Rosjanie nie dotrzymali w pełni warunków, gdyż tylko szeregowi zostali zwolnieni. Oficerów wzięto do niewoli. Zostali zamordowani w Katyniu wśród nich Stanisław Szarmach.

W 1943 r., gdy Niemcy rozpoczęli prace ekshumacyjne, odnaleziono ciało Stanisława Szarmacha, przy nim zaś  osobiste pamiątki – list w języku niemieckim wysłany z Dzierżążna oraz  list w języku polskim od żony. Po ojcu, jego syn profesor Marian Szarmach posiada jedyną pamiątkę - list, który Stanisław Szarmach  wysłał 29 listopada 1939 r. z Kozielska

Nazwisko dawnego nauczyciela szkoły w Dzierżążnie znalazło się   na tablicy upamiętniającej nauczycieli pomordowanych przez hitlerowców w latach II wojny światowej. Obelisk wraz z tablicą powstał w czasach PRL. Był to  widoczny  w przestrzeni publicznej ślad uprawianego „kłamstwa katyńskiego”.  Pod koniec lat ’80  XX w. profesor Marian Szarmach zwrócił się do władz miasta Kartuzy o dopisanie przy nazwisku ojca słowa „Katyń”.  Po wielu perturbacjach napis został dodany. Obecnie znajduje się już inna tablica.

W 2011 r. w Zespole Kształcenia i Wychowania w Dzierżążnie odsłonięto i poświęcono tablicę pamiątkową poświęconą Stanisławowi Szarmachowi.

Maria Szymichowska

          Maria Szymichowska, urodziła się w podkartuskiej wsi w Mezowie w 1901 r., jako najmłodsze dziecko Tekli i Szczepana Szymichowskich. Dorastała w rodzinie, w której starannie pielęgnowano wartości patriotyczne. Ojciec zakładał Polskie Towarzystwa Ludowe oraz kolportował prasę i książki polsko-kaszubskie. Maria pobierała naukę w pruskiej szkole podstawowej i gimnazjalnej ( był to czas kiedy Pomorze znajdowało się pod zaborem pruskim). Stąd jej biegła znajomość języka niemieckiego. Wychowana w duchu patriotyzmu i służby drugiemu człowiekowi,   w międzywojniu, rozpoczęła pracę w wejherowskim oddziale Zakładu Ubezpieczeń Społecznych przy ul. Puckiej.  Tam  zastał ją wybuch drugiej wojny światowej. Posiadając odpowiednie kwalifikacje sanitarno-wojskowe została powołana do kierowania drużyną sanitarną. Okres okupacji hitlerowskiej  był dla niej jak i dla większości Kaszubów najtrudniejszym okresem w życiu.  W 1939 r. Maria  dostarczała żywność do polskiego szpitala, zorganizowanego w Szkole Morskiej w Gdyni. Jako pielęgniarka Polskiego Czerwonego Krzyża ratowała  i opatrywała rannych. Jeździła do Babiego Dołu z transportem rannych. Po zajęciu Gdyni dalej pracowała w szpitalu. Pod koniec października 1939 r. z okupowanej Gdyni powróciła do Kartuz, do rodziców.

W 1940 roku podjęła  pracę w charakterze sekretarki (księgowej)  w majątku Niemca Alberta Hoene  w Borczu. Nie był to zły Niemiec. Jego przychylny stosunek do Polaków potwierdzają relacje wielu tamtejszych mieszkańców. Nawet swoją przynależność do Schutzstaffeln, wykorzystał do niesienia pomocy Polakom. Stanął w obronie księży Arasmusa z Kiełpina i Lafonta z Żukowa oraz bankowca Ćwiklińskiego z Kartuz.

Szymichowska nie podpisała Niemieckiej Listy Narodowej co wzbudziło uznanie w oczach właściciela majątku Borcz. W miejscu tym poznała braci Albina (był gorzelnianym w majątku) i Alfonsa Sulewskich. Alfons często  odwiedzał brata w majątku Hoenego, zaś przy okazji dostarczał cenne informacje z zakładów produkujących benzynę syntetyczną w Policach, w których  pracował. Ponadto przywoził informacje związane z adresami fabryk zbrojeniowych, rysunkami lotnisk niemieckich itp. Maria w swym miejscu pracy nawiązała kontakt  m.in. z Klemensem Wickim ważną postacią siatki wywiadowczej Armii Krajowej „Stragan”. Została łączniczką AK. Przenosiła zaszyfrowane meldunki do miejsc kontaktowych w Kartuzach, dokąd udawała się zazwyczaj raz w tygodniu odwiedzając rodziców.

26 czerwca 1942 roku została aresztowana w majątku w Borczu. W tym samym czasie aresztowano w Tokarach Klemensa Wickiego, zaś w Policach Sulewskiego.  Razem z tej siatki wywiadowczej aresztowano 13 osób. Wszyscy mężczyźni, oprócz dwóch, otrzymali karę śmierci i zostali zgilotynowani. Tych dwóch, którym niczego nie udowodniono, wysłano do obozu koncentracyjnego, którego nie przeżyli. Maria była torturowana w więzieniu przy ul. Neugarten 27 w Gdańsku , potem  w Berlinie. Pomimo interwencji Alberta Hoene została skazana - 13 stycznia 1943 r. - przez niemiecki Najwyższy Sąd Wojenny w Berlinie na karę śmierci. Wyrok jednak w następstwie starań Hoenego nie został uprawomocniony. 23 sierpnia 1943 r. odbyła się druga rozprawa w Torgau (Saksonia), na której bronił ją nie tylko adwokat, ale i Hoene. Ostatecznie Sąd Wojenny w Berlinie skazał ją  na 5 lat zaostrzonego obozu karnego. W 1943 r. trafiła do najcięższego hitlerowskiego więzienia dla kobiet do Fordonu. Jako więźniarka pracowała w okropnych warunkach w niemieckiej fabryce amunicji pod Bydgoszczą.

Gdy w styczniu 1945 r. zbliżał się rosyjski front, od niechybnej śmierci uratował ją w czasie ucieczki Austriak w hitlerowskim mundurze - Alojzy Hrudyczka, który jak się później okazało, zginął na pierwszej linii frontu.  Wraz z nią  z Fordonu z transportu pieszego  uciekły  siostry Szadachówne  z Torunia. Z upragnioną wolnością spotkała się w miejscowości Śliwice. Wróciła do rodziców do Kartuz.  Po wojnie Maria Szymichowska miała wiele przykrości związanych z jej działalnością konspiracyjną. Jak wiemy, żołnierze Armii Krajowej, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie czy też Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Kaszubski” byli postrzegani przez komunistów jako zdrajcy,  nie uznawali ich zasług w obronie ojczyzny. Pani Marii nie ominęły przesłuchania w Urzędzie Bezpieczeństwa (UB), zaś jej bardzo dobra znajomość niemieckiego wykorzystywana była do formułowania zarzutów o kolaborację z Niemcami.  Zmarła 10 marca 1991 roku. Pogrzeb odbył się 13 marca 1991 roku w Kartuzach.

          

Franciszek Kwidziński

Franciszek Kwidziński urodził się 21 lipca 1935 roku. Był trzecim dzieckiem z pięciorga w rodzinie. Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1950 roku rozpoczął pracą w Powszechnej Spółdzielni Spożywców „Społem” jako goniec. Przez lata wykonywał różne zawody, między innymi był piekarzem,  cieślą. W lutym 1953 roku rozpoczął pracę w dyrekcji Kartuskich Zakładów Terenowych Przemysłu Materiałów Budowlanych w charakterze pracownika umysłowego. Był tam zatrudniony na różnych stanowiskach: od  magazyniera po ekonomistę zaopatrzenia. W latach 1955 – 1957 został powołany do odbycia czynnej służby wojskowej. Następnie uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących w Kartuzach (1958-1962), a po jego ukończeniu przez rok do Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie na Wydziale Morskim. W związku z faktem, że Kartuskie Zakłady Terenowego Przemysłu Materiałów Budowlanych przenosiły się do Gdańska, chcąc pozostać w Kartuzach, podjął w latach 1967-1972 pracę w Wydziale Zdrowia i Opieki Społecznej Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Kartuzach. Następnie na kilka miesięcy 1972 roku zatrudnił się w Powszechnej Kasie Oszczędności w Kartuzach, ale jeszcze w tym samym roku objął stanowisko kierownika administracyjno – gospodarczego w Państwowym Sanatorium Przeciwgruźliczym w Dzierżążnie. W 1976 roku rozpoczął pracę jako zastępca dyrektora do spraw administracyjno – ekonomicznych w kartuskim Zespole Opieki Zdrowotnej, gdzie pracował aż do przejścia na emeryturę w 1992 roku.

            18 kwietnia 1964 roku zawarł związek małżeński z Lucyną Mikołajczak, z którą w 2014 roku świętował 50 lat pożycia małżeńskiego. Para poznała się w RZPiT „Kaszuby”.

Franciszek Kwidziński objął kierownictwo zespołem w 1961roku. Wraz z Zespołem należał do grona najbardziej zaangażowanych w pielęgnowanie i promowanie kartuskich i kaszubskich tradycji oraz mitów, które swoimi dokonaniami wzbogacał, a o Kartuzy jako miasto dbał i cenił je ponad wszystko.           

Franciszek Kwidziński oprócz sprawowania przez 58 lat funkcji kierownika zespołu „Kaszuby” angażował się w wiele innych aktywności społecznych: był między innymi strażakiem OSP w Kartuzach (1952-1954) czy ławnikiem Sądu Powiatowego w Kartuzach (1968-1970). Od 15 stycznia 1972 działał jako aktywny członek Zrzeszenia Kaszubsko – Pomorskiego Oddział w Kartuzach.

            W czerwcu 1997 roku Franciszek Kwidziński został wybrany Człowiekiem roku „Homo Popularis” przez czytelników „Dziennika Bałtyckiego” (jego dodatku pt. „Nasz Tygodnik Kartuzy”).

            W styczniu 2005 roku w „Dzienniku Bałtyckim” ukazała się specjalna talia 24 kart do kaszubskiej baśki z wizerunkami znanych w regionie osób wybieranych przez czytelników. W grupie uwiecznionych znalazł się między innymi Franciszek Kwidziński, którego podobizna pojawiła się na dziewiątce trefl.    

 

Franciszek Kwidziński zmarł  30 czerwca 2019 roku. W pogrzebie Kierownika, który odbył się 3 lipca, licznie uczestniczyły delegacje z różnych części Kaszub.

 

Feliks Marszałkowski

 

Feliks Marszałkowski urodził się 7 sierpnia 1914 roku w Kartuzach jako syn Franciszka i Antoniny z Grzeniów. W latach 1921-1932 uczęszczał do szkoły podstawowej i gimnazjum w Kartuzach. Egzamin dojrzałości zdał w 1948 r., zaś w 1963 r. ukończył Studium Ekonomiczno-Zawodowe w Krakowie. Ponadto zaliczył kilka kursów specjalistycznych m.in. Ligi Morskiej i Kolonialnej w Warszawie. W 1932 r. rozpoczął pracę w redakcji „Echa kaszubskiego” w Kartuzach. Był osobistym  sekretarzem  dr Aleksandra Majkowskiego i redaktorem naczelnym pisma „Zrzesz Kaszëbsko”. Był współzałożycielem  Regionalnego Zrzeszenia Kaszubów. Dzięki A. Majkowskiemu poznał pisarza kaszubskiego, młodokaszubę Jana Karnowskiego. Sam też Karnowski (1886-1939) wybrał Marszałkowskiego na spadkobiercę swojej spuścizny.

W czasie II wojny światowej pracował jako robotnik rolny w okolicach Gdańska i w Łapalicach. W kolejnych latach wojny został księgowym w hurtowni należącej do Niemca Paula Staala w Kartuzach. Poznał tam swoją późniejszą żonę. Zmuszony jak wielu Kaszubów do przyjęcia III grupy Niemieckiej Listy Narodowej  (NLN)  został wcielony do Wehrmachtu.  Końca wojny doczekał na wyspie Guernsey na Kanale La Manche. Lata 1945-1947 spędził w obozie jenieckim w Anglii, gdzie dla kolegów m.in. był sanitariuszem i nauczycielem języka angielskiego.  Po powrocie  do kraju podjął pracę księgową w „Społem” w Kartuzach.  Jednocześnie był nauczycielem w Liceum Ekonomicznym i Zespole Szkół Zawodowych  nr 1 w Kartuzach.  Był członkiem w wielu społecznych instytucjach, pełniąc w nich niejednokrotnie ważne role. (Komisja Kultury i Sztuki WRN w Gdańsku, prezes Zarządu Powiatowego Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, członek Komisji Ocen Etnograficznych w „Cepelii”, członek Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Kartuzach).

Feliks Marszałkowski był  współtwórcą  Zrzeszenia Kaszubskiego i działaczem Zrzeszenia Kaszubsko Pomorskiego ( członek Zarządu Oddziału w Kartuzach i Zarządu Głównego w Gdańsku).  Opiekując się dorobkiem literackim Karnowskiego i Majkowskiego, Feliks Marszałkowski publikował fragmenty ich utworów na łamach czasopism „Kaszëbë” i „Pomerania”. Sam też zaczął tworzyć. W 1977 r. debiutował jako poeta, publikując trzy wiersze pod wspólnym tytułem Moje nepczi.

Zmarł 21 stycznia 1987 r. pochowany w Kartuzach niedaleko swego mistrza Aleksandra Majkowskiego.

 

Brunon Bolesław Kowalski – budowniczy, architekt miasta Gdyni, przedsiębiorca budowlany, członek Magistratu Gdyni

 Brunon Kowalski urodził się 31 lipca 1886 roku w Mezowie  jako drugi syn z pięciorga rodzeństwa w rodzinie kaszubskiej o tradycjach budowlanych. Ojciec Brunona Kowalskiego Jan Kowalski prowadził i był właścicielem dużej cegielni w Łapalicach koło Kartuz.

Brunon Kowalski ukończył Państwową Szkołę Budownictwa w Poznaniu. Po zakończeniu nauki przybył do Kartuz, gdzie odbył praktykę u niemieckiego przedsiębiorcy budowlanego Wilhelma Tribes (przy ul. Jeziornej). W 1921 r. przeprowadził się do Gdyni, gdzie mieszkał początkowo na Kamiennej Górze. W 1927 r. nabył od rodziny Górskich plac pod budowę własnej willi przy ulicy Świętojańskiej 134. 26 stycznia 1928 zarejestrował przedsiębiorstwo budowlane „B. Kowalski, Budowniczy – Przedsiębiorstwo Budowlane”, mające swoją siedzibę w niezachowanej obecnie oficynie na tyłach willi jego autorstwa przy ulicy Świętojańskiej 127.  Firma zatrudniała wielu członków rodziny Kowalskiego jak i Kaszub.

Brunon Kowalski jest autorem projektów kilku willi na Kamiennej Górze w Gdyni:

  • willa przy ul. Sienkiewicza 10 (pocz. lat 20.; pierwszy właściciel płk inż. arch. Lemeis, Warszawa; styl dworkowy);
  • willa „Rusałka” przy ul. Mariackiej 4 (1926-1931; pierwszy właściciel Józef Raźniewski, dyrektor kopalni "Saturn" w Sosnowcu; styl klasycyzm tzw. warszawski);
  • willa przy ul. Wyspiańskiego 25 (pierwszy właściciel Bogna Bogdańska, Warszawa; styl historyczny nawiązujący do renesansu włoskiego);
  • willa „Orla”przy ul. Kasprowicza 2 (1927 - 1928; pierwszy właściciel inż. Franciszek Drobniak, Kraków; styl zakopiański);
  • willa "Zgoda" przy ul. Paderewskiego 17 (1927, wzniesiona dla Antoniny Erbrichówny, Warszawa, styl dworkowy, nie istnieje).

W 1927 budowlaniec - architekt rozbudował pensjonat „Belweder" przy ul. Korzeniowskiego 9 (nie istnieje). Większość tych realizacji utrzymana jest jeszcze w stylistyce historyzmu romantyczno-narodowego oraz w stylu zakopiańskim – willa Orla. W stylu klasycyzmu akademickiego została zaprojektowana i wybudowana według planów Kowalskiego jego własna willa przy ulicy Świętojańskiej 134. W późniejszej fazie, budowniczy projektował już w duchu wczesnego modernizmu, czego przykładem jest kilka domów na Oksywiu oraz kamienice wielkomiejskie w centrum Gdyni: Franciszka Schrödera, przy ul. Starowiejskiej 16 (1928) i Teodora Górskiego, przy ul. Starowiejskiej 17 (1931). W czerwcu 1927 r. Magistrat miasta Gdynia polecił Kowalskiemu wykonanie prac ziemnych, murarskich, kamieniarskich oraz ciesielskich przy budowie szkoły powszechnej przy ulicy 10 Lutego.

Po śmierci Brunona Kowalskiego jego przedsiębiorstwo zostało przejęte przez inż. Józefa Langiewicza, architekta budowlanego (do 1939). Przedsiębiorstwo istniało pod nazwą „Przedsiębiorstwo Robót Budowlanych Józef Langiewicz, dawniej B. Kowalski”.  Langiewicz zaprojektował modernistyczny dom (1936) dla rodziny Kowalskich w Mezowie (k. Kartuz).

Brunon Kowalski żywo zaangażowany w budowie miasta i portu w Gdyni, był członkiem wielu komisji związanych z jego budową. Zmarł  9 lutego 1935 roku  w Gdańsku.  Został pochowany na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni.

Barbara Kąkol

 Stanisław Estkowski, naczelnik Poczty Polskiej w Kartuzach – ofiara pomorskiej „krwawej jesieni” 1939 r.

 

W październiku 2021 r. minie   82. rocznica śmierci Stanisława Estkowskiego, naczelnika Poczty Polskiej w Kartuzach. Jest on jedną z wielu ofiar szalejącego terroru i eksterminacji społeczeństwa polskiego w  pierwszych dniach  września 1939 r..

O historii lat okupacyjnych wiemy dużo. Wciąż jednak nie znamy losów wielu osób, które zginęły w czasie II wojny światowej. Jedną z nich jest  Stanisław Estkowski. Być może przyczyn śmierci naczelnika poczty  należy upatrywać w tym, że urzędnicy pocztowi byli polską elitą, którą należy wyeliminować. W okresie międzywojennym Poczta wyróżniała się także szczególnym etosem służby. Jej pracowników cechowała troska o losy ojczyzny. To przecież pocztowcy jako jedni z pierwszych podjęli walkę z najeźdźcą. Ponadto zgodnie z rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 22 marca 1928 r., pracownicy placówek pocztowo-telegraficznych, mieli być na wypadek wybuchu wojny, zmilitaryzowani i podporządkowani dowództwom jednostek wojskowych[1].

Stanisław Estkowski urodził się 10 grudnia 1892 roku w Łążku, w powiecie świeckim (niem. Lonsk). Był synem Jana Nepomucena Estkowskiego i Julianny z domu Skwierawskiej z Wiela[2]. Ojciec Stanisława zajmował się  rymarstwem.  Stanisław Estkowski od 1899 do 1911 r. mieszkał w Lipach w powiecie kościerskim[3]. Wynika z tego, że Estkowscy przeprowadzili się w rodzinne strony Pauliny.  Do elementarnej szkoły podstawowej uczęszczał w Lipach i Zblewie (powiat starogardzki). Po ukończeniu szkoły w 1906 r.,  przed dwa lata przebywał w domu rodzicielskim. Pragnąc zostać kupcem,  rozpoczął naukę w trzyletniej szkole  ludowej  w Chełmnie.  Podjął pracę jako dysponent w jednej z firm kupieckich w Grudziądzu. Po wybuchu I wojny światowej -  25 września 1914 r. został wcielony do armii niemieckiej. Walczył na froncie zachodnim i wschodnim. Był trzy razy ranny. Od 1 stycznia 1919 r. do 6 maja 1919 r. przebywał w szpitalu i kadrze formacji, z której został zwolniony[4].  Wrócił w rodzinne strony.  15 lutego 1920 r. podjął  pracę  jako siła pomocnicza w urzędzie pocztowym w Grudziądzu, który podlegał Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Gdańsku[5]. Dlatego też korespondencja Stanisława Estkowskiego kierowana jest do tej dyrekcji. 

  3 listopada 1920 r. zawarł związek małżeński z  Pauliną  Domachowską[6].  Mieli dwoje dzieci, syna Stanisława i córkę Stefanię. Z dokumentów wynika, że były to bliźnięta - oboje przyszli na świat 25 września 1921 r.[7].  

Estkowski, fakt poślubienia Pauliny  zgłosił do Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Gdańsku, gdyż   przepisy pocztowe ograniczały  zawieranie związków małżeńskich.  Zapis ten  szczególnie dotyczył kobiet i nieetatowych męskich sił pomocniczych[8]. Zawarcie małżeństwa groziło  nawet utratą pracy.  4 maja 1921 r. w piśmie do Dyrekcji wyjaśniał powód swojej decyzji:

Odnośnie Okólnika Nr ° I/236 z 9 kwietnia 1921 r. w sprawie zawarcia mego związku małżeńskiego oświadczam, że mając kilka lat narzeczoną, a będąc chorym na katar żołądka bez opieki domowej mając lat 28, i ze względów materialnych z konieczności ożeniłem się 3 listopada 1920 r. zawiadamiając o tym miejscowy urząd pocztowy, który mi w tym celu udzielił trzydniowego urlopu. Dalej nadmieniam, że posiadając wstępny egzamin złożony z dobrym wynikiem, prawie roczną praktykę pocztową na mocy rozporządzenia Ministerstwa  spodziewałem się upragnionej nominacji asystenta i na tej podstawie ożeniłem się[9].

Prośbę Estkowskiego poparł kierownik referatu urzędu pocztowego w Grudziądzu, dając do zrozumienia, że zwolnienie siły pomocniczej   spowoduje osłabienie urzędu. Najwyraźniej Dyrekcja przychyliła się do tych próśb, gdyż            24 września 1921 r. Stanisław Estkowski został zaprzysiężony na urzędnika poczty w Grudziądzu[10].

Należy nadmienić, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., pocztowcy stali się również funkcjonariuszami państwowymi, których powoływano do służby pocztowej po złożeniu przysięgi na równi z żołnierzami zawodowymi i  pracownikami administracji państwowej.   W 1922 r. Stanisław  zapisał się na  kurs pocztowy, który kończył się egzaminem  pocztowo-telegraficznym w Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy. Ukończył go z  wynikiem  dobrym. Dzięki temu zyskał  awans na upragnionego asystenta pocztowego. Szybko piął się po szczeblach kariery pocztowej. W 1923 r. został sekretarzem pocztowym.

W ramach okręgów dyrekcyjnych organizowana była sieć urzędów i agencji oraz pośrednictw pocztowych. Urzędy stanowiły podstawę sieci placówek pocztowych. Były one podzielone na sześć klas. Klasyfikacja urzędów była uzależniona od zakresu świadczonych usług, rozmiarów eksploatacji, wielkości wpływów za usługi, roli danej placówki w sieci pocztowej, a także od wielkości obsługiwanego ośrodka. Wynikała również z konieczności dostosowania poszczególnych placówek do rozmiarów i natężenia wykonywanych czynności usługowych poczty. W zależności od rodzaju wykonywanych usług dokonano podziału urzędów na: urząd pocztowy, urząd telegraficzny, urząd telefoniczny oraz urząd pocztowo–telegraficzny.

Stanisław Estkowski 1 marca 1924 r. został przeniesiony  do urzędu pocztowego w Lubiczu (obecnie powiat toruński). Pełnił tam,  przez  sześć lat, funkcję naczelnika urzędu pocztowego IV kl.. Na jego prośbę został dopuszczony do konkursu na stanowisko naczelnika poczty w Kartuzach.

29 stycznia 1930 r. został mianowany naczelnikiem tego urzędu[11].  W opinii inspektora L. Pleśniaka

Naczelnik up III kl. Kartuzy Stanisław Estkowski jest urzędnikiem pilnym, dość zdolnym, - ……..[12] służbowych – organizacji i administracji urzędem kieruje dość dobrze,- obowiązki swoje na stanowisku naczelnika up. wykonuje bez zarzutu.  Do podwładnego …..[13] i publiczności odnosi się poprawnie.  Zachowanie się jego  poza służbą jest również bez zarzutu.  Do egzaminu  na stanowisko kierownicze (…) jest dobrze przygotowany i zasługuje na uwzględnienie prośby o dopuszczenie go do tegoż egzaminu[14].

 

Dyrekcja Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy ponownie mianowała Estkowskiego z dniem 28 kwietnia 1932 r. naczelnikiem urzędu pocztowego w Kartuzach  III kl..  Tym samym informowała, iż przejście do wyższego stopnia służbowego, to jest  nadanie kierownictwa  oddziału urzędu II. kl. uzależnia się od złożenia  z pomyślnym wynikiem egzaminu. Trzeba wyjaśnić, że w ramach rozwoju poczty zwrócono  uwagę na odpowiednie przygotowanie pracowników do pracy. Stąd w 1925 r. wprowadzono egzaminy na stanowiska I, II i III kategorii. W 1927 r. ustalono egzaminy, które dawały możliwość zwiększenia wyposażenia.

25 stycznia 1933 r.  Stanisław Estkowski zdał egzamin na stanowisko kierownicze i kontrolne przed Komisją Egzaminacyjną przy Ministerstwie Poczt i Telegrafów.

Stanisław Estkowski był aktywny politycznie. W 1933 r. kandydował z list   Narodowego Bloku Społeczno-Gospodarczego (BBWR)  do Rady Miejskiej w Kartuzach[15].  BBWR - ugrupowanie prorządowe - uzyskała w Kartuzach 51,7% zdobywając 8 mandatów.  Czy Estkowski został radnym? W radzie zasiadło trzech urzędników.

Stanisław Estkowski przeszedł także specjalne wyszkolenie wojskowe techniczne, kurs radiotelegraficzny i łączności.    W celu przygotowania do obsługi łączności wojskowej pracowników cywilnych Poczty Polskiej Telegrafu i Telefonu  powołano w 1935 r. Pocztowe Przysposobienie Wojskowe. Obok zajęć szkoleniowych zarządy okręgowe Pocztowego Przysposobienia Wojskowego oraz  większych placówek pocztowych prowadziły działalność sportową, oświatową i kulturalną[16]

Estkowski wiadomo, że organizował na terenie powiatu kartuskiego ćwiczenia  wojskowe. 6 maja 1934 r. naczelnik wraz z podległymi mu pocztowcami wymaszerowali rano z Kartuz do Ręboszewa, gdzie kształcili się w zakresie obrony. Ponieważ była to niedziela, fakt ten oburzył redakcję pisma religijnego Pielgrzym, która stwierdziła, że pocztowcy nie mogli uczestniczyć we mszy świętej, gdyż w Ręboszewie nie ma kościoła[17]

Poza szkoleniem pocztowców naczelnik  organizował dla pracowników poczty i ich rodzin  spotkania wigilijne. Cieszyły się one ogromną sympatią wśród jego współpracowników. Teresa Śliwińska-Zarucka, córka zastępcy naczelnika Hieronima Śliwińskiego[18], wspominała na łamach Gazety Kartuskiej, że ojciec bardzo je lubił. Pocztowcy na tę okoliczność zebrali się w budynku telekomunikacji (nie istniejącym już dzisiaj), który znajdował się w miejscu obecnego Urzędu Miejskiego w Kartuzach. Były tam biura i mieszkania pocztowców. Między innymi mieszkali tam Buchholzowie. Spotkanie utrwalone zostało na fotografii[19].

11 maja 1938 r. został odznaczony Brązowym Medalem za Długoletnią Służbę[20].

14 września 1938 r. nadano Stanisławowi Estkowskiemu Srebrny Krzyż Zasługi po raz pierwszy za zasługi na polu podniesienia stanu sanitarno-porządkowego. Dekret podpisał prezes Rady Ministrów Felicjan Sławoj-Składkowski[21].

 Najbardziej intrygujący fragment w odniesieniu do Estkowskiego znaleźć można u Stefana Lewandowskiego i Piotra Matusaka w publikacji Pocztowcy i łącznościowcy w walce z okupantem hitlerowskim 1939 - 1945:

Hitlerowskie organizacje usiłowały również wykorzystać do celów wywiadowczych polskie środki łączności, przekazując zaszyfrowane telegramy oraz prowadziły zakodowane rozmowy telefoniczne. W tym procederze starali się im przeszkodzić doręczyciele, naczelnicy, ekspedienci i telegrafiści.  W dekonspirowaniu hitlerowskich siatek wywiadowczych wyróżniali się: doręczyciel Franciszek Wierzba z Tucholi, naczelnik Jan Ochocki z Działdowa, inżynier Marian Gociner z Bydgoszczy, monter Bolesław Doman z Aleksandrowa Kujawskiego, pocztylion Konrad Mlodzik z Chełmna, Franciszek Gutkowski - naczelnik z Chojnic, asystent Florian Barylslo z Gdyni i Stanisław Estkowski - naczelnik poczty w Kartuzach. Większość z nich poległa lub została zamordowana przez Niemców w czasie okupacji[22].

Z drugiej strony, władze polskie pokładały duże nadzieje w łączności pocztowej. Dekret z 1939 r. o współpracy resortu Ministerstwa Poczt i Telegrafów  z Ministerstwem Spraw Wojskowych dawał Dowództwu Łączności uprawnienia do zainstalowania urządzeń pocztowych i pozyskania do ich obsługi między innymi pracowników poczty.  Niestety Ministerstwo Poczt i Telegrafów nie zdążyło  w odpowiednim czasie wydać zarządzeń wykonawczych wynikających z rozporządzenia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o mobilizacji powszechnej. Mimo to większość pracowników poczty nie uległa panice ewakuacyjnej i pozostała na miejscu, prawdopodobnie także Stanisław Estkowski. Niemcy zajęli Kartuzy już 4 września. Trzeba pamiętać, że w czasie wojny system łączności wojskowej zawiódł, natomiast cywilna łączność telefoniczna funkcjonowała niemal w każdym mieście do chwili kapitulacji.

W wspomnieniach Stanisławy Grajczyk zamieszkałej przed wojną w Pałubinie  (gmina Stara Kiszewa, pogranicze kaszubsko-kociewskie) odnajdujemy kilka ważnych informacji nie tyle o Stanisławie  Estkowskim co o jego żonie i dzieciach. Matka Stanisławy Grajczyk była siostrą Stanisława Estkowskiego. Prowadziła wraz z mężem sklep w Pałubinie. W czasie drugiej wojny światowej Grajczykowie byli jednymi z pierwszych, których wywłaszczono z  własnego domu. Zabrano im dom, sklep, a  także cały inwentarz żywy; konia, dziesięć świń i trzy krowy. Mogli zamieszkać w innym skromniejszym mieszkaniu.   Paulina, żona naczelnika wraz z dwójką dzieci w wieku 17[23] lat na początku wojny przebywała u krewnych. Problemy aprowizacyjne,  brak środków do życia spowodowały, że Estkowska była w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Grajczykowie, na ile tylko mogli,  pomagali swoim krewnym. Stanisława Grajczyk wraca pamięcią do tych strasznych dni:

Ile to z początku pozabijali! Mojej mamy brat był naczelnikiem poczty w Kartuzach i miał takie jeszcze mniejsze poczty na wioskach pod sobą (…) jego żona miała dwoje dzieci, takich równiaków jak my. Wprost jeść nie mieli co. Jak my z początku świniaka zabilim, to skwarki mama posyłała im, to się cieszyli, że mieli coś do okraszenia (…)[24].

 Grajczykowie przeprowadzili się pod Strzelki. Niestety nic nie wiemy o dalszych losach Pauliny i dwójki dzieci Estkowskich. Należy przypuszczać, że w pierwszych dniach września 1939 r.  rodzina naczelnika Poczty Polskiej w Kartuzach została ewakuowana lub sama na własną rękę opuściła Kartuzy.

Stanisław Estkowski raczej pozostał w Kartuzach.  W czasie mobilizacji ogłoszonej 31 sierpnia 1939 r. pocztowców rezerwistów przydzielano do poszczególnych jednostek operacyjnych Wojska Polskiego.  Ze względu na fachowe przygotowanie i patriotyczne zaangażowanie pocztowcy odegrali szczególną rolę w początkowym okresie okupacji, wypracowując formy łączności. Byli traktowani niezwykle poważnie, gdyż w przededniu II wojny światowej w polskich planach strategicznych coraz większą rolę zaczęła odgrywać łączność jako ważny czynnik koordynacji działań wojskowych.

 Po zajęciu Kartuz przez wojsko niemieckie, Estkowski mógł także, tak jak  prezydent   Bydgoszczy, Leon Barciszewski, ewakuować się a potem powrócić, kiedy dowiedział się o podłych oszczerstwach rzucanych w kierunku jego  osoby.  Niemcy zarzucili mu, podobnie jak Barciszewskiemu,   malwersacje finansowe i kradzież mienia. Barciszewski jako człowiek nadzwyczaj uczciwy, mimo ostrzeżeń przyjaciół wrócił do Bydgoszczy chcąc oczyścić się z podejrzeń. Został aresztowany przez gestapo po zaledwie kilku godzinach od pojawienia się w mieście. Estkowskiego  Niemcy zatrzymali  w pierwszych dniach września  1939 r.. 

Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Estkowski opuścił miasto.  Pozostał na posterunku do końca. Angażował się w obronę chociażby poprzez swoje członkostwo  w  Powiatowym Komitecie Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej w Kartuzach[25].

Wysoko cenił honor osobisty, honor urzędnika państwowego, a zwłaszcza obowiązek społecznej powinności. Wszak ciążyły na nim ważne zadania, obrona Polski. Zresztą w dniu 28 maja 1939 r.   delegaci na zjazd Pocztowego Przysposobienia Wojskowego, w imieniu wszystkich członków (52.000) deklarowali, iż całe swoje życie podporządkują sprawom ogólnonarodowym[26].

Prawdziwym powodem aresztowania Estkowskiego   była jego patriotyczna postawa, działalność społeczno-polityczna  a przede wszystkim skuteczność w rozszyfrowywaniu niemieckich telegramów[27].   Już w 1937 r. pracownicy poczty na Pomorzu wielokrotnie sygnalizowali władzom polskim o nasilających się próbach prowokacji wrogiej niemieckiej propagandy.  Pocztowcy na pograniczu polsko-niemieckim niszczyli przesyłki zawierające wydawnictwa hitlerowskie, niejednokrotnie zapraszające do wstępowania do organizacji paramilitarnych[28]. Jak groźne były to organizacje pokazał wrzesień 1939 r. Na Kaszubach w pierwszych miesiącach niemieckiej okupacji, organizacja paramilitarna Selbstschutz aktywnie uczestniczyła w działaniach eksterminacyjnych wymierzonych w polską inteligencję. Członkowie tej organizacji byli dla Polaków szczególnie niebezpieczni ze względu na doskonałą znajomość lokalnych stosunków i uwarunkowań społecznych. Ponadto działając w szeregach Selbstschutzu, mogli uregulować wiele zadawnionych sąsiedzkich sporów i porachunków, jak również zagarnąć mienie należące do aresztowanych i mordowanych Polaków. Już z początkiem września 1939 r. w Kartuzach rozpoczęły się masowe aresztowania. Jako pierwszych ujęto dwudziestu członków Polskiego Związku Zachodniego, których wskazali Niemcy z miejscowego Selbstschutzu[29].

Pierwsza publiczna egzekucja w Kartuzach została wykonana przez gestapowców na sześciu osobach 14 września 1939 roku w lasku w pobliżu Wzgórza Wolności.  Zginęli z rąk oprawców: Leon Cichosz, Robert Gransicki, Nikodem Klucz (naczelnik stacji PKP), Leon Litwin, Jan Majewski (pracownik sądu), Paweł Nacel i niektóre źródła podają Stanisława Estkowskiego[30] -  jest to  błąd.

 

Stanisław Estkowski z początkiem września 1939 r. został aresztowany przez gestapo w Kartuzach[31]. W pamiętniku Anny Dziewiątkowskiej odnajdujemy informację o naczelniku poczty, który wraz z nią i innymi  przebywał  w więzieniu w Kartuzach.  Wspomina:

Już tej niedzieli  (8 – 10 września) zaczęły się aresztowania. Mogliśmy to dobrze obserwować, bo niedaleko dworca i głównej ulicy chodzili tylko cywile z opaską swastyki i niemiecki żołnierz. Byłam, widziałam jak na Rynku koło kościoła zakatrupili polskiego policjanta. To ludność, kobiety wejherowskie, wytykały mu. „A ty gnoju, to a to, żeś nam zrobił”. Jak nieborak podniósł się z ziemi to go kopali, bili i pokrwawiony upadał znowu. (…)  Bo już w szkole było pełno aresztowanych Polaków. I chcieli podać żywność tym biednym aresztowanym.

(…) Jednak, gdy więzienie było pełne, tak wszyscy zostali wywiezieni. Około 400 mieściło się w celach, na dole 5 cel, a u góry chyba 6. W każdej celi od dwóch do czterech łóżek, reszta musiała stać lub na ziemi leżeć. W pierwszych dniach wywozili około 1200 i w otwartych samochodach. Ze znanych był  Cyganek, starszy pan, ksiądz z Przodkowa, Roszkowski (dom własny Kościuszki), Estkowski (podkr. B.K) naczelnik poczty, Turzyński nauczyciel, dr Remelski, Grandzicki nauczyciel, dużo twarzy znajomych. (…) Wieczorka  i jeszcze dużo innych, wywieźli. Mówiono, że do Borkowa. Już teraz autobusem, który należał do Leona Kruszyńskiego Niemcy wywozili więźniów – okna zawieszone firanami i tak 3 razy dziennie pełen autobus co pół godziny obracał. I tak przez tydzień. I tak liczę 100 osób na raz zabrali 3 razy czyli 300 osób dziennie to 900 osób, uważam około 2500 do 3000 wywieźli przez tydzień. Tydzień tak więzienie 3 razy było puste[32].

 

Z więzienia kartuskiego, aresztowanych  wywożono do obozu w Borowie[33], stamtąd trafiali do Stutthofu lub byli mordowani w masowych egzekucjach w lesie kaliskim.   Koleje życia Stanisława Estkowskiego były nieco inne. W obozie w Borowie przebywał do końca października. Los, jaki czekał tam osadzonych był różnorodny. Stanisław Estkowski poddawany był ciągłym przesłuchaniom i  torturom. Więźniów zmuszano także do pracy w okolicznych gospodarstwach. To właśnie od współwięźniów wracających z pracy z majątku Małkowo koło Żukowa, oraz naocznego świadka znany jest nam  los naczelnika kartuskiej poczty.

Według jednej z zachowanych  relacji, Stanisława Estkowskiego powieszono za ręce, najpierw przestrzelono mu dłonie, kolana, kostki u nóg, a potem zawołano dra Ramelskiego, aby zaopatrzył mu rany. Tak zamęczonego zrzucono  na podłogę. Ktoś w zielonym mundurze i z zieloną opaską strzelił Estkowskiemu z karabinu Mauser 98 w głowę i ruchem nogi wrzucił do  uprzednio wykopanego dołu[34]. Jednak w protokole z  ekshumacji o czym poniżej,  nie ma zapisu o  przestrzeleniu czaszki.

W obozie w Borowie wraz z Stanisławem Estkowskim więziono kilku innych mieszkańców Kartuz,  między innymi doktora Ramelskiego, Wieczorkiewicza[35], Jankowskiego z ulicy Parkowej. Te informacje znajdują odzwierciedlenie w dokumentach archiwalnych.  Z nich też dowiadujemy się, że odnaleziono pojedynczy grób  naczelnika poczty w Kartuzach, którego  zamordowano  przypuszczalnie w dniu 29 X 1939 r. w miejscowości  Borowo przy jeziorze Karlikowskim,  na posiadłości  Franciszki Formelowej.

 Józefat Jankowski, kupiec,  przeżył wojnę. Mieszkał w Kartuzach przy ulicy  Parkowej  nr 5[36]. Wywiad z nim przeprowadził Tadeusz Kur, który ukazał się na łamach czasopisma Perspektywy.

Józefat Jankowski, więziony   w obozie w Borowie, wspominał, że Estkowski   był  potwornie bity przez dwóch gestapowców z Gdańska. Znęcano się nad nim stosując okropne metody śledcze.  Wiązano go do pryczy za ręce i nogi. Następnie członkowie Selbstschutz wynieśli go wraz z pryczą na drugi koniec obozu, skąd  było słychać strzały[37]. Tam też nad brzegiem jeziora Karlikowskiego jego ciało zostało zakopane (pochowane)[38]. Józefat Jankowski wyjaśniał także przyczyny śmierci Estkowskiego. W obiegowej opinii podawanej przez Niemców  w obozie,  naczelnik poczty polskiej w Kartuzach ukradł kasę pocztową. Jak może być ambiwalentna historia można się przekonać chociażby na przykładzie naczelnika poczty, który nie zdefraudował,  a sprzeciwił się wydania okupantom mienia państwowego Rzeczypospolitej Polskiej. Tuż przed wybuchem wojny w 1939 r.  Stanisław Estkowski zdążył wywieźć polskie pieniądze znajdujące się na poczcie. Niestety nie udało mi się ustalić jaka była to suma[39].  Podobne poświęcenie w służbie pocztowej w tragicznych dniach września wykazał naczelnik Urzędu Pocztowego Warszawa 28, który otrzymał polecenie przewiezienia do Lublina w zaplombowanych workach większej sumy pieniędzy.

 W  dniu, w którym  zastrzelono Estkowskiego zabito także dziewięciu oficerów Wojska Polskiego. Na polecenie Niemców wykopali oni  dwa doły, jeden dla Estkowskiego, drugi o czym się mieli za chwilę  przekonać dla siebie.  Inni więźniowie obozu, którzy wracali  z pracy w Małkowie, zauważyli na terenie obozu dwa groby zasypane ziemią[40].  Po wojnie groby zostały odkopane, zwłoki ekshumowane i pochowane na cmentarzu w Kartuzach. W skład komisji ekshumacyjnej wchodzili przedstawiciele Sądu Okręgowego w Gdańsku, lekarz powiatowy, przedstawiciel oddziału PCK oraz przedstawiciel Starostwa Powiatowego w Kartuzach.  

        

 

W Oddziałowym Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku znajdują się dokumenty sporządzone przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Gdańsku. W protokole   z oględzin zwłok zamordowanych przez Niemców nad jeziorem Karlikowo koło wsi Borowo, z 13 listopada 1946 r.. czytamy:


Nad jeziorem Karlikowym w odległości 3 m od brzegu odkopano grób na głębokości 1,1/2 m. W grobie tym stwierdzono zwłoki ludzkie w stanie daleko posuniętym rozkładzie pochowane bez trumny. W czasie okupacji zwłoki wydawano fragmentami i w całości wydobyto tylko tułów. Oględziny czaszki wykazały, że cała pokrywa czaszki jest rozbita na kilkanaście drobnych fragmentów. Uzębienie zwłok dobrze utrzymane, zęby dolnej szczęki drobne gęste bez zmian chorobliwych, śladów leczenia, w górnej szczęce po stronie lewej brak drugiego siekacza górnego. Po stronie prawej na drugim siekaczu żelazna złota korona. Na skórze, która resztkami pokrywa twarz wyraźnie widać zarost męski. W okolicy części płciowej stwierdza się narządy męskie płciowe. Przybliżona długość zwłok wynosi 170 cm . Ze względu na daleko posunięty rozkład innych bliższych cech tożsamości ustalić się nie dało. Dowody rzeczowe znalezione przy zwłokach są następujące:


  1. Kawałki płaszcza sukiennego przypominającego płaszcz funkcjonariuszy pocztowych polskich z roku 1939.
  2. Buty z krótkimi cholewkami sznurowane, brązowe zamiast sznurowadeł wąskie rzemyki.
    3. Pasek do spodni wąski długi zawinięty w rolkę
    4.  Wieczne pióro firmy ,, Ibys’’ z złotą stalówką
  3. Szklana cygarniczka
    6. Legitymacja oprawiona w czarną skórkę (tekstu w całości odczytać nie można), fragmenty tekstu zgadzają się z układem legitymacji pocztowców polskich z roku 1939
    7. Portmonetka skórzana zamykana na zameczek, w której znaleziono monety polskie pięciu  groszówki, dwa guziki na sznurku z wyglądu od teczki lub walizki i obrączkę. Na wewnętrznej stronie litery P.D. 4.4.90.  Litery i cyfry z trudem daje się odczytać.

Obecny przy ekshumacji zwłok syn byłego Obwodowego Naczelnika Urzędu Pocztowego w Kartuzach Estkowskiego Stanisława na podstawie dowodów rzeczowych znalezionych przy zwłokach, przypuszcza że są to zwłoki jego ojca zamordowanego przez Niemców w roku 1939.

         Dowody rzeczowe przedstawił Stanisławowi Estkowskiemu – synowi,  Komendant Posterunku Powiatowej Komendy Milicji Obywatelskiej  sierż. Ossowski.   Wyjęty jeden ząb z górnej szczęki z złotą koroną poddany został badaniu dentystycznemu. Oględzin zwłok dokonał powiatowy lekarz dr Miaszkowki[41].
           15 listopada 1946 roku odbył się w Kartuzach uroczysty  pogrzeb byłego naczelnika poczty śp. Stanisława Estkowskiego. Na uroczystości pogrzebowe  przybyły liczne delegacje z okolicznych urzędów, organizacji społecznych oraz mieszkańcy Kartuz.

Nad grobem przemawiali dyrektor Tomasik z Dyrekcji Okręgowej Poczty i Telekomunikacji, a jako ostatni pożegnał go  naczelnik poczty, Stanisław Smagłowski, dzięki którego zaangażowaniu udało się odnaleźć miejsce pochówku Stanisława Estkowskiego[42].  Niestety w księgach cmentarnych  nie ma żadnych informacji o Stanisławie Estkowskim. Należy przypuszczać, że jego ciało zostało pochowane na kartuskim, górnym cmentarzu w zbiorowej mogile, w której znajduje się ponad 300 osób pomordowanych w drugiej wojnie światowej z terenu powiatu kartuskiego. W 1947 r. społeczność kartuska ufundowała  pomnik i płytę nagrobkową  z napisem: 1939-1945 – w hołdzie pomordowanym bohaterom Kartuz i powiatu. Umieszczono tam także dodatkową płytę z 34 nazwiskami znanych imiennie ofiar,  w tym Estkowskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aneks

Protokół przesłuchania świadka

 

Źródło:  AIPN Gdańsk, Akta w sprawie oskarżenia Alberta Forstera, tom X, sygn. GK 196/225 ss. 6 – 8

 

Dnia 14.02.1947 w Kartuzach przewodniczący składu w Gdańsku – Oliwie sędzia A. Zacharasiewicz na podst. art.4 dekretu z dnia 10 listopada 1946 przesłuchania niżej wymienionego w charakterze świadka, który zeznał co następuje:

         Józef Jankowski, 49 lat, imiona rodziców Kazimierz i Jadwiga, kupiec zam. Parkowa, Nr 4

         „W momencie wkroczenia okupanta niemieckiego do Kartuz, znajdowałem się w Gdyni, skąd powróciłem 17 IX 1939 r. Wtedy dowiedziałem się, że kilkadziesiąt osób spośród miejscowej inteligencji aresztowano a w tej licznie burmistrz Feliks Lewiński. Dnia 6 X 1939 r. w godzinach przedpołudniowych zostałem  zabrany z mieszkania przez żandarma i zawieziony samochodem do więzienia. W tym dniu zgromadzono nas dwudziestu czterech Polaków spośród miejscowej inteligencji i kupiectwa zamożniejszego. Aresztowani byli to przeważnie członkowie organizacji społecznych. Żadnemu z nas nie wskazano jaki powód. Dnia następnego po aresztowaniu, przewieziono nas samochodami do Borowa, gm. Żukowo, pow. kartuski,  gdzie umieszczono nas w schronisku P.WiW.F. Ulokowano nas tam w jednej sali zasłanej słomą.
Śniadanie składało się z 1 l. czarnej niesłodzonej kawy z kawałkiem chleba, obiad zaś i kolacja około 1 l. zupy bezwartościowej z soczewicy  (…).

Następny transport przybył tam po upływie około 2 tyg. Byli to inteligenci z miasta i okolicy. W ich liczbie znajdował się miejscowy … Kajetan Józefowicz, ówczesny notariusz? Po upływie około tygodnia „wybrano” resztę liczny 18 lub 19 osób i odwieziono samochodem bez walizek w kierunku Kartuz. Wyboru dokonywali przyjezdni gestapowcy, mówiący dialektem gdańskim. Oni to oświadczyli wybranym, że zabierają ich do sądu w Kartuzach na przesłuchanie. Dnia następnego, a raczej już tego samego dozorujący nas Selbschutz dzielił się rzeczami wywiezionych pozostałych w walizkach. W kilka dni później mówiło się nam, iż mamy szczęście, żeśmy pozostali na miejscu, bo nie wraca się już stamtąd, dokąd wywieziono współtowarzyszy niedoli.

W grupie tak wywiezionych znajdowali się:

  1. Stefan Skoracki, dentysta
  2. Józef Dzięcioł, kier. szkoły
  3. Feliks Wieczorek, drogerzysta
  4. Franciszek Kuczkowski, rzeźnik
  5. Feliks Drążkowski, sekr. Wydz. Pow.
  6. Czesław Ćwikliński, kasjer Urzędu Służbowego
  7. Józef Sienkiewicz
  8. Feliks Ritter, rejestrator
  9. Jan Jakusz-Gostomski kupiec i inni, których nazwisk w tej chwili nie przypominam sobie.

Przed tą wywózką pastwiono się w sposób szczególnie nad Mieczysławem? Estkowskim naczelnikiem Urzędu Pocztowego. Zaznaczono nam, że skradł kasę pocztową”. Jego to uwiązanego do pryczy za ręce i nogi bili dwaj gestapowcy gdańscy. Obecny był przy tym dr Franciszek Remelski obecnie zamieszkały Szczecin Ośrodek Zdrowia. On to musiał dawać bitemu zastrzyki na wzmocnienie oraz opatrywać rany. Gdy Estkowski był kompletnie zbity wynieśli pryczę przykrytego kocem na drugi koniec…[43] [obozu -  przyp. B.K], skąd następnie odgłos strzału usłyszałem.

Jesienią 1946 r. zwłoki Estkowskiego ekshumowano sądownie. Miejsce wskazałem, bowiem za świeże widziałem ślady kopania. Na przełomie października/ listopada 1939 r. przybyło do nas dokładnie czterystu polskich żołnierzy w mundurach. Ja byłem wyznaczony dla nich tłumaczem. Po około 10–ciu dniach pobytu żołnierzy, w tym obozie, polecono mi, bym zapowiedział jeńcom, aby zgłosili się Żydzi. Tych zgłosiło się 16. Odwieziono ich samochodem do lasku odległego ok. 500 do 700 metrów od naszego obozu. Niebawem powoli dochodziły z lasku odgłosy pojedynczych strzałów. Po upływie około godziny samochód powrócił z lasku. Eskorta, którą stanowili gestapowcy gdańscy, wyrwała mi mundury ofiar, które następnie rozdzieliłem pomiędzy pozostałych jeńców. Miejsce pogrzebania tych 16 jeńców ustalił Stefan Ptach właściciel lasku. Ekshumacji nie było. W pierwszych dniach listopada 1939 r. przywieziono do obozu około sześciu więźniów w tej liczbie karczmarza z Kameli, gm. Goręczyno pow. kart., który był inwalidą wojennym. Nazwiska jego nie pamiętam. Ich wywieziono po upływie kilku godzin do tego lasku co i tych 16-tu jeńców, skąd niebawem poczęły dochodzić odgłosy wystrzałów. Pogrzebano ich w mogile, gdzie leżą wspomniani   jeńcy. Tak nam osobom cywilnym, jako też i jeńcom wojennym, odebrano wszystkie wartościowe rzeczy. Po 20.11.1939 r. jeńców wojennych wywieziono.

Tak ….[44]  do Torunia.

Dnia 24.11.1939 nas pozostałych przy życiu więźniów cywilnych w liczbie 3, tj. prócz mnie dr Remelskiego i Borawskiego obecnie pracownika Starostwa Powiatowego  wypuszczono na wolność i z tym dniem obóz w Borowie przestał istnieć. W czasie trwania obozu kilkukrotnie różne grupy były kierowane do różnych więzień i obozów. Z tej liczby umiem wskazać żyjących obecnie:

  1. Macha z Kamienicy Szlacheckiej, gm. Stężyca, pow. kartuskiego
  2. Telesfora Szawelskiego zam. pow. Spółdzielnia Rolniczo – Handlowa

Zeznałem wszystko. Z  rozmów ze wspomnianymi jeńcami dowiedziałem się, że wzięci zostali do niewoli w Warszawie.

O dalszym losie jeńców, nie miałem wiadomości. Nazwisk ich nie pamiętam. Odesłano!

  1. Jankowski

                                                                           Sędzia Zacharasiewicz

 

 

[1] Ten zapis był szczególnie ważny w przypadku obrony Poczty Polskiej w Gdańsku w 1939 r.  Większość pracowników (obrońców) Poczty Polskiej w Gdańsku pochodziła z Kaszub i Pomorza – Alfons Flyskowki, Franciszek Mionskowski, Władysław Mielewczyk, Franciszek Mielewczyk i inni. Z obrońców poczty przeżyli Andrzej Górski, Augustyn Młyński, Franciszek Mielewczyk i Władysław Mielewczyk. Ten ostatni był dziadkiem Ryszarda Mielewczyka, przewodniczącego Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Kaszubskiego im. F. Brzezińskiego. 

[2]https://www.geni.com/search?names=estkowski&page=2&search_advanced=open&search_events=closed&search_extended=closed&search_type=people, (dostęp 14.10.2019)

[3] Archiwum Państwowe w Bydgoszczy (APB), Akta Dyrekcji  Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, sygn. 46

[4] Tamże

[5] Z istniejących  na początku 1921 r. ośmiu dyrekcji poczt i telegrafów w Warszawie, Lublinie, Wilnie, Krakowie, Lwowie, Poznaniu, Bydgoszczy i na Pomorze w Gdańsku, ta  ostatnia została zlikwidowana 1.10.1921 r.. Okręg pomorski przydzielono do Dyrekcji w Bydgoszczy.

[6] Archiwum Parafialne parafii WNPM  w Kartuzach, księga Liber Mortuorum 1946-1982

[7] APB, Akta Dyrekcji  Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, wykaz stanu służby,  sygn. 46

[8] XX Dwadzieścia lat poczty i telekomunikacji w Polsce niepodległej, Warszawa 1939, s. 42. Jak różne  było traktowanie  niektórych kategorii pracowników może świadczyć fakt, że dopiero rozporządzenie Ministra  z 29.11.1927 r. uchylało ograniczenie dotyczące zawieranie związków małżeńskich.

[9] APB, Akta Dyrekcji  Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, wykaz stanu służby,  sygn. 46

[10]  Tamże.

[11] Tamże.

[12] Odczyt nieczytelny

[13] Odczyt nieczytelny

[14] APB, Akta Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, sygn. 46

[15] Narodowy Blok Gospodarczo-Społeczny do społeczeństwa pomorskiego! „Dziennik Bydgoski” Rok IV, nr 24 9, 29 października 1933, s. 3

[16] Stefan Lewandowski, Piotr Matusak, Pocztowcy i łącznościowcy w walce z okupantem hitlerowskim 1939 – 1945, Siedlce 1996, s.9

[17] Pielgrzym pismo religijne dla ludu, R. 6, nr 56 z 10 maja 1934 r., s. 3

[18] Hieronim Śliwiński  urodził się 25.09.1907 r. Został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 r.. Więziony w barakach w Borowie, zginał w masowej egzekucji w Kaliskach pod koniec października 1939 r. AIPN Gd sygn.. 39/8/1, s. 395

[19] Alina Kistowska, Świąteczne wspomnienie. Z kolędą u kartuskich pocztowców w 1938 r. „Gazeta Kartuska”, nr 1, 1997, s. 10

[20] APB, Akta Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, sygn. 46

[21] Felicjan Sławoj-Składkowski  zasłynął z upowszechniania na wsi najprostszych toalet – nazwanych na jego „cześć” sławojkami. Chodzi oczywiście o małe drewniane wychodki - budki, które na polskiej wsi 90 lat temu jeszcze było rzadkością.

 

[22] S. Lewandowski, P. Matusak, dz. cyt., Siedlce 1996, s. 20

[23] Z dokumentów archiwalnych wynika, że dzieci Estkowskiego w dniu wybuchu II wojny światowej miały niespełna 18 lat.

[24] Roland Borchers, Katarzyna Madoń-Mitzner, Wojna na Kaszubach. Pamięć polskich i niemieckich świadków, Gdańsk 2014, s. 205

[25]  Gazeta Kartuska bezpartyjne pismo katolicko-polskie dla powiatu kartuskiego R.18, nr 48 z 22 kwietnia 1939 r.

[26] S. Lewandowski, P. Matusak, dz. cyt., Siedlce 1996, s 9

[27] Patriotyczna postawa i obrona interesów państwa polskiego przez pocztowców pomorskich spowodowała liczne akty zemsty, których ofiarą padli najbardziej zaangażowani pocztowcy. We wrześniu 1939 roku hitlerowcy aresztowali pracowników placówek pocztowo-telegraficznych z Gdańska, Gdyni, Wejherowa, Stargardu, Tucholi, Kartuz, Kościerzyny, Bydgoszczy, Chełmna, Grudziądza, Chojnic, Świecia, Inowrocławia, Włocławka, Nakła, Nowego Miasta Lubawskiego oraz wiele innych miast Pomorza. Por. S. Lewandowski, P. Matusak, dz. cyt., Siedlce 1996, s 20

[28] Akcje te nie odnosiły wielkiego skutku, do  organizacji paramilitarnej Selbschutz należeli przede wszystkim etniczni Niemcy – Volksdeutsche.

[29] M.Wardzyńska, Był rok 1939. Operacja niemieckiej policji bezpieczeństwa w Polsce. Warszawa 2009, s. 107

[30] B. Hajduk, Kartuzy i powiat w latach 1939-1945 [w] Dzieje Kartuz, t. II, Kartuzy, 2001, s. 164. Być może autor podał informację tą  za dokumentami archiwalnymi znajdującymi się w Oddziałowym Archiwum IPN w Gdańsku. Wykaz osób narodowości polskiej, które przez okupanta niemieckiego w latach 1939-1945 zostały pozbawione życia, zesłane do obozów koncentracyjnych itp., wywiezione do pracy przymusowej lub w związku z wycofaniem na terenie powiatu kartuskiego, sygn.. IPN Gk 172/9, s.176. Natomiast w innym zespole akt o sygn.. IPN Gd 39/16 są już prawidłowe informacje dotyczące zamordowania Estkowskiego w miejscowości Borowo w pobliżu jeziora Karlikowo

[31] Oddziałowe Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku, akta sygn. IPN Gd 39/8/1, s.395

[32] Pamiętnik Anny Dziewiątkowskiej, muzealia artystyczno-historyczne, sygn. AH 277 MKK

[33] Obóz dla internowanych w Borowie  założono  tuż po zajęciu Kartuz przez 207 dywizję Wermachtu gen. Karla von Thiedemana 4 września 1939 roku. Na początku mieścił się w Kartuzach w budynkach przy ul. Przy Wodociągach. Umieszczono w nim osoby cywilne i wojskowe z Kartuz i okolic. Obóz przemieszczono do Borowa między 15 a 20 września. Ulokowano go w byłym obozie Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego, nazywanego „Stanicą Harcerską” a następnie rozbudowano o kolejne baraki, ogrodzenie i punkty obserwacyjne dla strażników. Decyzją władz placówki internowane osoby były zwalniane, zabijane lub przekierowywane do innych obozów, między innymi w Stutthofie, czy też do Dzierżążna, gdzie ostatecznie przeniesiono obóz z Borowa.  Wielu zostało zamordowanych na terenie samego obozu. Tak było w przypadku Estkowskiego.

[34] Brunon Dompke, Śmierć byłego naczelnika poczty w Kartuzach, „Głos Kaszub”, 27-28 maja 1995 r.

[35] Wieczorkiewicz – być może  chodzi o Feliksa Wieczorka zamordowanego w lesie kaliskim.

[36] AIPN Gdańsk, Ankiety. Egzekucje ludności polskiej w latach 1939-1945 w powiatach Elbląg, Gdańsk, Gdynia, Kartuzy, Kościerzyna,  sygn. IPN Gd 39/8 s.190

[37] Tadeusz Kur, Fotografie zrobione przez kata, „Perspektywy”, s. 32, brak numeru i roku

[38] AIPN Gdańsk, Ankiety dot. Prześladowania i eksterminacji inteligencji polskiej oraz więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych i więzień z lat 1939-1945 pochodzących z województwa gdańskiego,  sygn.. IPN Gd 39/16, s. 82

[39] Eugeniusz Niziński, Śmierć naczelnika kartuskiej poczty, „Express kaszubski”, brak daty i numeru gazety z końca sierpnia 2004 r., s. 8

[40] Archiwum Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach (AMK). Akta personalne, Stanisław Estkowski  sygn. Z.113/5

[41] AIPN Gdańsk, Protokoły oględzin zwłok Polaków zamordowanych przez Niemców we wsi Zawory pow. Kartuzy, nad jeziorem Karlikowo koło wsi Borowo pow. Kartuzy oraz w lesie koło wsi Kiełpino pow. Kartuzy,  sygn. IPN Gd 43/48/1. Por. Józef Matynia, Na szlakach walki i męczeństwa województwa gdańskiego w latach 1939-1945, Gdynia 1967,  s. 81

[42] Eugeniusz Niziński, Śmierć naczelnika kartuskiej poczty, „Express kaszubski”, brak daty i numeru gazety z końca sierpnia 2004 r., s. 8

 

[43] Fragment tekstu nieczytelny

[44] Fragment tekstu  nieczytelny

Żniwa na Kaszubach, to czas  urodzaju,  święta plonów i obrzędowości osadzonej w porach roku. Okres żniw w tradycji ludowej rozpoczynał się na św. Magdalenę – 22 lipca,   a kończył 24 sierpnia. Jednak bardzo często  starano się zebrać zboże już przed  15 sierpnia, tak, aby w święto Matki Boskiej Zielnej móc zorganizować święto plonów - dożynki. Sprzyjało temu przysłowie Na Wniebowzięcie pokończone żęcie.  Na Kaszubach przestrzegano tradycji przodków. Pierwsze ścięcie zboża odbywało się bardzo uroczyście w dni maryjne tzn. w  środę lub sobotę. Gdy przystępowano  do ścinania zboża, zawsze rozpoczynał przodownik, zaś ostatni w szeregu, wedle starego obyczaju, powinien kroczyć gospodarz, który ścinał  ostatnie kłosy. Gdzieniegdzie pierwszy snop trafiał do chaty, miał on chronić domostwo przed zarazami.

 A tak opisuje rozpoczęcie żniw  wybitny pisarz kaszubski Jan Patock. Artykuł ukazał się  w czasopiśmie Gryf Kaszubski w 1932.. Czytamy w nim:

 Wieśniakom nie jest też wcale obojętny dzień, w którym rozpoczynają żniwa. Nigdy bowiem żaden gbur nie zacznie kosić w piątek, gdyż lud zwykł mówić: „W piątek to zły początek". Nawet poniedziałek i czwartek nie są odpowiedniemi dniami; do rozpoczęcia żniw nadawają się jedynie dni, poświęcone Najświętszej Marji Pannie, to jest środa i sobota. Wystarczy w sobotę tylko małą część skosić i związać, to w poniedziałek można rozpocząć właściwa pracę. Początek żniw zazwyczaj rozpoczyna się uroczystością kościelną. A kosiarze starannie przygotowują się do tej pracy. Jest zwyczajem, że każdy robotnik przedtem się kąpie i przywdziewa czystą bieliznę. Kosy ozdabia się kolorowemi wstążeczkami, a na kapeluszach umieszcza się wiązanki świeżych kwiatów. Raniutko w sobotę wszyscy kosiarze idą do kościoła, gdzie gospodarz już zamówił nabożeństwo, by uprosić błogosławieństwo Boże dla żniw. Kosiarze zostawiają swoje kosy na cmentarzu przed kościołem i modlą się nabożnie.

Obrzędowość żniwna zaczynała się zwykle od inicjacji  młodych kosiarzy.  Na niewielkim fragmencie świeżo zżętego zboża, starzy kosiarze ustawiali trójnóg ze strychulców ( strychulec – deszczułka albo wałek do wyrównywania miary zboża lub wygładzania powierzchni cegły w czasie jej formowania)   i nakazywali na nim siadać chłopcom, którzy pierwszy raz z kosą stanęli do pracy w żniwa.

Naturalnie siedzenie na takim trójnogu było bardzo bolesne, a trwało dość długo, do momentu, gdy jeden ze starszych kosiarzy przyniósł  wiadro wody z bliskiego strumienia czy stawu,  przy czym celowo przewracał się z wodą ze dwa razy aby  przedłużyć  egzamin.  Gdy przyniesioną wodą orzeźwił  wyzwalanego,  ten był   już bliski omdlenia.

 Po tych czynnościach następował  egzamin z budowy kosy.  Wyzwalany kosiarz musiał wyliczyć wszystkie części kosy jak: : kosa, kosisko, pierścienie, strychułek lub kamień i drewniany garnek z wodą, babka, młotek, klin, rączka, gwóźdź, ucho skórzane. sPrzystrojony w wstążki młody kosiarz, wykupiwszy się piwnym poczęstunkiem, mógł wkroczyć w kosiarski szereg. Kosiarze ruszali w pole śpiewając pieśni kościelne. Następnie zdejmowali kapelusze  i wołali do siebie: „Daj Boże, aby się dobrze rżnęło!"

Wspomniany pisarz Jan Patock podaje:

- Gbur, jako właściciel pola, zaczyna pierwszy kosić, gdyż zupełnie nie jest obojętnem, kto pierwszy zaczyna żniwo, od tego bowiem zależy pomyślność zbiorów.  Jeżeli niegodny zetnie pierwsze kłosy, podczas żniw zdarzy się nieszczęśliwy wypadek. Pierwsze ścięte kłosy ścina się i kładzie na krzyż; kilka z nich rzuca się w zboże, jako ofiarę „żytniej matce". Jeżeli w pobliżu jest Boża-męka (krzyż), to i tam umieszcza się kilka kłosów, aby ukrzyżowany Jezus Chrystus użyczył żniwiarzom błogosławieństwa. Uroczyste ścięcie pierwszych kłosów ma być oznaką dobrych żniw w ogóle. Z tem łączą się pewne praktyki. Kosiarze przyczepiają sobie pierwsze kłosy do kapelusza i w ten sposób są uchronieni od boleści krzyża przy koszeniu. Wieśniak przechowuje kłosy w domu za lustrem, co mu daje szczęście przez cały rok w gospodarstwie. Po uroczystem ścięciu pierwszych kłosów kosiarze ostrzą swoje kosy i zaczynają ciężką pracę. Przez długie dni dźwięczą kosy monotonnie w zbożu, aż nareszcie i ostatnie pole jest skończone. Jak pierwsze, tak i ostatnie kłosy ścina się uroczyście.

Podczas żniw, żniwiarze organizowali zasadzki na gospodarza, gospodynię i ich dzieci, w ten sposób, że przewiązywano im przez ramię wstążki z kłosami. Oczywiście gospodarze musieli się wykupić.  

Po skoszeniu zboża i ustawieniu go w rzędy (owies) i kopki (żyto) zwożono je wozami drabiniastymi do stodoły. Budując kopy na polu, można było zbudzić oprzepółnicę, życzliwą zjawę żeńskiego rodzaju. Na biało ubrana, zachęcała żniwiarzy do pracy. Budziła ich ze snu po poobiednim wypoczynku, a ukazywała się tylko w samo południe.

Ostatni snop zboża zwanym był bękartem i wiązano go z resztek zgrabionego zboża. Szczególnie młode dziewczyny – żniwiarki  nie chciały go (nie tylko ze względu na nazwę) wiązać. Z pomocą im przychodziły zamężne kobiety. Dawnie, za związanie ostatniego snopa żniwiarka otrzymywała  od gbura miskę mąki i bochen chleba.  Snop – „bękart”  jechał na samym szczycie ostatniej fury lub niosła go żniwiarka, która go wiązała. Furmana lub żniwiarkę a także ostatnie osoby schodzące z pola oblewano wodą. Na koniec  żniw wyprawiano bęks - bãks. Gospodynie  miały wówczas  przygotowany specjalny poczęstunek.

Tam, gdzie òżniwinë   nie przewidywały zabawy  z „bękartem”, obrzęd kończył się koziołkiem i wieńcem.  Ostatni pokos  na polu nazywano „kozą’’.  Koziołka wykonywano  z ostatnich kłosów uwitych w pęczki i razem z wieńcem  wręczano  gospodarzowi. Obyczaj  nakazywał, aby koziołka postawić na stole, zaś wieniec powiesić u sufitu izby, w której musiało  się przy tej okazji odbyć nowe wykupne. Naturalnie była  to tylko przygrywka do późniejszych dożynek, zwanych też na Kaszubach „wieńcowym’’ zaś dalej na południu Pomorza – „okrężnym”.

Istniał zwyczaj (Puzdrowo) podrzucania w górę dziewczyn, które po raz pierwszy grabiły zboże, w zamian za co musiały się wykupić. Natomiast kosiarz kończący koszenie plótł krutkã  na kosę.

Przygotowanie stodoły na przyjęcie świeżego zboża było niegdyś wielkim rytuałem. Wymiatano ją do czysta, a potem  układano liście klonowe, które miały chronić przed złem. Oprócz tego gospodyni miała za zadanie całą stodołę wykropić wodą święconą. Pierwszą furę zboża witał sam gospodarz w odświętnym ubraniu. Gdy fura wjechała do stodoły, pierwsze cztery snopki zdejmował z niej osobiście gospodarz, układając je na znak krzyża. Pod nie układano wianuszek poświęcony, a wykonany z ziół i kłosów zbóż.

Po zakończeniu prac żniwnych odbywały się dożynki. Dawniej wieniec wykonywano z ostatniego zżętego zboża. Pierwotnie wieniec wykonany był jako korona na głowę. Z biegiem czasu rozrósł się do obecnych rozmiarów. Przystrajano go kwiatami polnymi, ziołami, lnem, konopiami, sitowiem, leszczyną. Zwieńczał go gołąb z ziaren dyni. Kształt wieńca miał także swoją symbolikę. Koło był początkiem i końcem, zamknięciem, pełnią.  Przy tym śpiewano pieśń: Plon niesiemy, plon, w gospodarza dom. Dożynki rozpoczynały się paradnym przejściem wraz z wieńcem do kościoła. Potem następowała zabawa,  śpiew i tańce.

Ukształtowanie na Pomorzu  gospodarki folwarcznej spowodowało, że chłopi małorolni byli najmowani  do dworu, do prac żniwnych. Zwyczaje dożynkowe były bardzo podobne z tą różnicą, że odbywały się w folwarku. Fury zboża zwożono do stodoły. Ostatnia nazywała się baba, która uroczyście objeżdżała wokół dwór. Następnie furman szybko umykał do stodoły, aby uniknąć polania wodą przez parobków. Dożynki po nabożeństwie w kościele kontynuowano u właścicieli folwarku. Gromada żeńców i pomocnic udawała się do dworu, by złożyć wieniec właścicielowi i wziąć udział w zabawie z tej okazji.  Na przedzie szli muzykanci, następnie przodownicy, dziewki i kobiety, na końcu mężczyźni. Śpiewano:

Przed dworem kaczki w błocie, Jaśnie pani w szczerym złocie! Niesiemy plon, wielmożym w dom!

Żniwny dar przechowywano starannie, ponieważ ziarna z jego kłosów używano do siewu, aby w ten sposób podkreślić ciągłość cyklu wegetacyjnego. Ciekawy opis dożynek można odnaleźć w dziele Oskara Kolberga. W tomie Pomorze przedstawia święto plonów  w majątku w Waplewie:                

 „Jeden wieniec z żyta, drugi z pszenicy. Astry czerwone etc. Przynosi dwa wieńce dwóch mężczyzn kośników – oddają z rąk do rąk, kłaniając się do kolan (idą do dworu i do komisarza z drugimi wieńcami). Gdy odchodzą, wtedy inni parobcy, zaczajeni w różnych punktach domów lub krzaków, odchodzące kobiety oblewają wodą z kubłów – a te uciekają przed tą kąpielą z zasadzki we wszystkich kierunkach, co powszechną budzi radość i śmiechy. Po tym sprawia się im okrężne, dając wódkę, piwo, muzykę itd., a oni tańczą (na śpichrzu) przez noc całą”.   

W dziele tym jest także zawarty jst cały tekst piosenki  z Wejherowa  Plon niesiemy, plon, plon, naszemu panu w dom. To tylko jedna z wielu pieśni śpiewanych w czasie żnie.  Jak podaje  inny wybitny etnograf Izydor Gulgowski:

orszak dożynkowy na Kaszubach szedł z pieśnią na ustach Kto się w opiekę podda Panu swemu. Na północy regionu znana była przyśpiewka Wyrosła byliczka na odłogu, Dożęlim pszeniczki, chwała Bogu.

Jest na Kaszubach do dziś żywa  stara legenda, która mówi:

Przed żniwami pewien gospodarz pożyczył od swego sąsiada pięć korcy żyta. Gdy miał je zwrócić owemu gospodarzowi, twierdził, że pożyczył tylko trzy korce. Wtenczas zaskarżył go wierzyciel przed sądem, i obydwaj tak się kłócili, że nikt ich pogodzić nie umiał. Jeden mówił: „pjinc korzic" -a drugi krzyczał: „le trze", i kłócili się tak długo, aż się w ptaszki zamienili. Dzisiaj jeszcze żyją w zbożu i kłócą się przed żniwami. Jeden i drugi swoje ciągle wykrzykuje, i tak się kłócić będą do końca świata.  

Dziś dożynki są świętem dobrze wypełnionego obowiązku. Przybrały one inny charakter, a współczesne wieńce dożynkowe niejednokrotnie są niezwykłymi dziełami sztuki ludowych twórców, mających wiele oryginalnych pomysłów na ich tworzenie. Niosą ze sobą najważniejsze przesłanie, podziękowanie za ukończenie prac polowych i plony.

Źródło:

Błaszkowski W., Struktura etniczna i folklor kaszubski. Materiały do monografii turystyczno-gospodarczej województwa gdańskiego, z.3, Gdańsk 1960

Kolberg O., Dzieła wszystkie, Pomorze oraz Aleksander Hilferding Ostatki Słowian na południowym Brzegu Bałtyckiego Morza, t.39, Wrocław – Poznań,

Landowski R., Dawnych obyczajów rok cały. Między wiarą, tradycją i obrzędem, Pelpin 2000

Lorentz F., Fischer A., Lehr-Spławiński T., Kaszubi kultura ludowa i język, Toruń 1934

Stelmachowska B., Rok obrzędowy na Pomorzu, Toruń 1933

Treder J., Kaszubi wierzenia i twórczość. Ze słownika Sychty, Gdańsk 2000

Gryf Kaszubski, R. I (1932), nr 12, str. 7 - 10

 

Oprac. Barbara Kąkol

 

   

Żniwa na Kaszubach, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Wiązanie snopków przez żniwiarzy, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Młócenie zboża, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Młócenie zboża, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Układanie stogu, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

W zbiorach Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach znajduje się fotografia, która  przedstawia trzy hydroplany na Jeziorze Łapalickim podczas ćwiczeń z wojskami lądowymi.
Z relacji - bosmana mechanika - Bolesława Rusaka opublikowanej w książce Andrzeja Celarka, Morski Dywizjon Lotniczy, wiemy, że w 1929 r. z Jeziora Łapalickiego pod Kartuzami startowały trzy wodnopłatowce LeO H 135. Samoloty uczestniczyły w ćwiczeniach z kilkoma batalionami Obrony Narodowej, wykonywały pozorowane naloty bombowe i zrzucały meldunki. Po wykonaniu tych zadań wracały na jezioro, z którego startowały do Pucka. Dwóm hydroplanom  start przebiegł bez zakłóceń, niestety załoga trzeciego samolotu  wybrała lot pod wiatr, w poprzek jeziora, na dość wysokie, zalesione wzgórza. Na 150 m wysokości, jeden z silników nagle zmniejszył obroty, co spowodowało ślizg na skrzydło. Samolot zaczął spadać w dół, zaczepił skrzydłem o wodę i zniknął. Na szczęście załoga, w tym mechanik Rusak zdołali się uratować. Pozostałe dwa hydroplany zawróciły z nad Kartuz na ratunek kolegom. Wyciągnęli ich z wody zaś wrak wodnopłatowca zabezpieczyli, sądząc, że osiadł na płyciźnie.
Następnego dnia bosman Rusak przybywszy na miejsce zdarzenia zauważył, że wraku nie ma. Akcja poszukiwawcza trwała całe lato, w końcu ( w dużym uproszczeniu streszczając) wyciągnięto konkluzję, że „Smok” z głębin Jeziora Łapalickiego nie chce oddać samolotu. 
Więcej informacji znajdziecie Państwo w publikacji:
A. Celarek, Morski Dywizjon Lotniczy, wspomnienia lotników, Gdańsk 2002
---
Samolot- amfibia Liore et Olivier LeO H-135 został zbudowany w firmie Liore et Olivier w Levallois-Perret pod Paryżem. Jego konstrukcję oparto na łodzi latającej LeO H-13B3. Układ samolotu, z małymi modyfikacjami, pozostawiono bez zmian, utrzymano także napęd dwusil-nikowy. Samolot ten, jako amfibię, wyposażono w podwozie klasyczne wciągane w locie oraz podczas wodowania pod płat dolny. Samolot otrzymał oznaczenie LeO H-135B3. Symbol B3 na końcu oznaczał samolot bombowy trzymiejscowy.
Prototyp samolotu-amfibii LeO H-135B3 zo¬stał oblatany w 1926 r. Próby w locie zakończyły się pomyślnie i w połowie tego samego roku uruchomiono jego produkcję w małej serii w Polsce.
W 1925 r. zakupiono 2 egz. LeO H-135B3 dostarczone w kwietniu 1926 r., a następnych 5 dostarczono w 1927 r. LeO H-135B3 pełniły służbę patrolową nad wybrzeżem i wodami terytorialnymi, ponadto wykonywały przeloty w głąb kraju, najdalej do Lwowa. Trzy z nich zostały utracone w wypadkach lotniczych. Samoloty te były używane do 1933 r., ostatni przetrwał dłużej. W 1934 r. wykorzystano go do zdjęć w locie dla filmu fabularnego ”Rapsodia Bałtyku”. W tym samym filmie wykorzystano w postaci na pół zatopionego rekwizytu wrak innego LeO rozbitego we wcześniejszym wypadku. Później był używany przez pewien czas do holowania rękawów H. Skasowano go dopiero w 1938 r.

Muzeum Kaszubskie im. Franciszka Tredera w Kartuzach powiększyło swoje zbiory o unikatowe artefakty, a to dzięki  hojności Mirosławy  i Jana Kazanów.   6  maja 2021 roku za pośrednictwem Pana Piotra Kazany, kartuskie muzeum otrzymało kilka fotografii wykonanych w 1942 r., a prezentujących zrzucenie dzwonów z wież kościoła poklasztornego w Kartuzach oraz ułamek z jednego dzwonu.  Wartość tej kolekcji podnosi fakt, że fotografie   pochodzą ze zbiorów  Feliksa Marszałkowskiego, a wykonane zostały przez kartuskiego fotografa Józefa Brillowskiego. Tym bardziej dziękujemy za ogromną życzliwość i okazany gest.

 

 Jak hitlerowcy zrabowali   dzwony z kościoła poklasztornego w Kartuzach

 

W czasie licznych wojen dzwony często padały łupem najeźdźców. A przecież dzwony mają szczególną symbolikę dla Kaszubów. Towarzyszą im w dobrych i złych momentach życia., w radościach i smutkach. Pierwsze dzwony kartuskie zostały zrabowane już w 1626 r. przez Szwedów za czasów przeora Repfa. Było tak  także w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej.  Wojny przynosiły  nie tylko terror, bezlitosną eksterminację społeczeństwa, zło,  zniszczenia ….  ale i kradzież mienia.

We wrześniu 1939 r. zniszczono w Kartuzach figurę Matki Bożej Królowej Korony Polskiej stawiając w tym miejscu ponownie pomnik wojaka pruskiego. W mieście ścięto pięć krzyży, zaś w 1941 r. usunięto z kapliczki figurę św. Brunona. Podobne sytuacje miały miejsce także w innych miejscach na Kaszubach. To tylko niektóre przykłady profanacji symboli religijnych Kaszubów. 

Niemcy dokonywali   grabieży  dzwonów na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. 15 marca 1940 r. Hermann Göring wydał rozporządzenie o przeprowadzenie ewidencji a następnie rekwizycji dzwonów  znajdujących się na terenach okupowanych i inkorporowanych do III Rzeszy. Proceder ten przybrał na sile, kiedy niemiecki przemysł zbrojeniowy zaczął odczuwać brak surowców.  Proces rekwizycji dzwonów nasilił się w 1941 r. po napaści Niemiec na ZSRR.  Proboszczowie otrzymywali od okupanta specjalne ankiety, w których mieli zawrzeć informacje na temat dzwonów w ich parafiach. Tak też było w Kartuzach.

Przy zabieraniu dzwonów obowiązywały na tym terenie następujące zasady: kościołom parafialnym należało pozostawić jeden dzwon najmniejszy, podczas gdy kościoły filialne musiały oddać wszystkie.  Zarekwirowanym dzwonom Niemcy przypisywali odpowiednie kategorie:

Kategoria A – obejmowała dzwony powstałe po 1875 roku, nie posiadające wartości historycznej. Miały one być przekazywane bezpośrednio do hut, do natychmiastowego przetopienia

Kategorie B i C – obejmowały dzwony uznane za zabytkowe i artystyczne. Tego rodzaju dzwony wysyłano do specjalnych składnic, gdzie miały oczekiwać na przetopienie w wypadku wyczerpania się zasobów kategorii A.

 Kategoria D – obejmowała  dzwony o znacznej wartości historycznej. Te według ks. Kazimierza Raepke nie podlegały demontażowi. W rzeczywistości składowano je w celu sukcesywnego przetapiania w ramach potrzeb. Najprawdopodobniej  kartuskie, siedemnastowieczne dzwony trafiły tak jak i dzwony gdańskie do huty pod Hamburgiem.

Składowisko dzwonów pod Hamburgiem 

Zrabowanie  dzwonów z wież kościoła poklasztornego w Kartuzach nastąpiło w 1942 r.. Zabrano trzy zabytkowe dzwony z lat 1640, 1643, 1644.  Demontażu podjęli się  Paweł Langa i Leon Niklas z Kartuz. Prawdopodobnie na polecenie Niemców pomagali im w tym miejscowi kowale, Magulski i Necel.

Dzwony te – jeden ruchomy zwany chórowym i dwa stałe, zegarowe zostały sprowadzone do Kartuzji Kaszubskiej  przez przeora Repfa.  Większy z nich, godzinowy ważył 962 kg, był metrowej średnicy, miał 70 cm wysokości i  napis GLORIA IN EXCELSIS DEO. Ozdobiony był stylizowanym ornamentem roślinnym. Z fotografii otrzymanych od Piotra Kazany trudno odczytać łacińskie sentencje, jedynie wyraźne:  Anno Domini  1640 (fot.1).

Fot. 1. XVII w. zabytek ludwisarstwa gdańskiego, fot. Józef Brillowski 

Fot. 1 Dzwon odlany w 1640 r., w czasie II wojny światowej zrzucony z wieży kościelnej, 

fot. Józef Brillowski. Fotografia przekazana przez Państwo Mirosława i Jana Kazana.

     Drugi, kwadransowy, ważący 174 kg, miał średnicę 70 cm, pół metra wysokości, datę i niżej na płaszczu podpis: FUDIT ME BENNINGK GEDANI (odlał mnie gdańszczanin Benningk).  Odłamki tego dzwonu jak podaje wybitny historyk ks. Kazimierz Raepke w swym dziele Kościół  dawnej Kartuzji Kaszubskiej w Kartuzach posiadali Feliks Marszałkowski, Józef Brillowski  i być może jeszcze kilka innych osób.  Był to dzwon z 1643 r..

Odłamek dzwonu, który posiadał Feliks Marszałkowski został przekazany do zbiorów

muzeum przez Państwo Mirosława i Jana Kazana

    Na wieży środkowej  zawieszony był dzwon ruchomy z 1644 r., odlany także przez Gerharda Benningka. Ważył 180 kg, miał 65 cm średnicy i 50 cm wysokości, zdobiły go piękna korona z manierystycznymi maszkaronami i napisy. Na czapie dzwonu widniał napis; CARTUSIAE PARAD. B.V. MARIAE F.I.V.R MDCXLIV (fot.2).  

Fot. 2 fotografia ze zbiorów Mirosławy i Jana Kazanów. Fot. Józef Brillowski 

Na odwrocie fotografii ręczne adnotacje Feliksa Marszałkowskiego 

    Te dzwony Niemcy zrabowali. Pozostawiono jedynie najmniejszy na wieży wschodniej z 1884 r.. Jest to dzwon udekorowany fryzem z owoców granatu, wina i kunsztownych draperii. Ten do dziś dzwoni ze wschodniej sygnaturki.

    W kwietniu 1942 r. niemieccy okupanci, największy, godzinowy dzwon spuścili z wieży zachodniej po belce, który przy upadku wrył się w ziemię na głębokość metra. Drugi, kwadransowy, z wyższej kondygnacji hełmu wieży zachodniej, podczas zdejmowania spadł i rozbił się według relacji Józefa Brillowskiego na kawałki. Kolejny dzwon, ruchomy, z wieży środkowej, demontowano ostrożniej i spuszczono po specjalnym pomoście.

I jak pisze  znany, kartuski pisarz Ryszard Ciemiński w swym dziele Album kartuski:

 

                        Fotograf z ulicy Jeziornej [Józef Brillowski] otrzymuje wiadomość  o przygotowywaniu klasztornych dzwonów do przetopienia. Naprędce wykonuje serię zdjęć dzwonów                                      zęściowo już spękanych, rozłupanych. Gra idzie o zachowanie ku pamięci łacińskich napisów. Udało się. Są tam na nowej, już powojennej, wersji dzwonów, oznajmiających                              całemu miastu o zbliżającej się mszy świętej, nabożeństwie czy uroczystości kościelnej.

W  ubiegłym roku Muzeum Kaszubskie otrzymało jeszcze jeden mały fragment  dzwonu od Pana Marcina Plichty.  

    Po wojnie pierwszy proboszcz ks. Ignacy Stryszyk, 25 kwietnia 1948 r. zamówił  nowy dzwon  o imieniu „Brunon”. Poświęcenia dokonał ks. biskup Kazimierz Józef Kowalski. Niestety z powodu złego stopu, dzwon pękł w pierścieniu odsercowym i został odlany na nowo. Wówczas po naprawie dzwon już został poświęcony przez samego ks. Stryszyka. W 1960 r. kolejny proboszcz kartuski ks. Franciszek Żur sprowadził z Wrocławia dwa nowe, ruchome dzwony. Większy, poświęcony Matce Bożej Wniebowziętej, zawisł na wieży zachodniej obok „Brunona”, mniejszy, poświęcony św. Franciszkowi Ksaweremu, na wieży środkowej.

Straty poniesione przez parafie powiatu kartuskiego były znaczne, gdyż z  60 dzwonów, istniejących w 1939 r., zostało zrabowanych do końca wojny 35, o dużej wartości zabytkowej.

Jedyną pamiątką po nich są zachowane fotografie oraz …. odłamki przekazane do kartuskiego muzeum.

(oprac. B.K)

 

Korzystałam z:

  1. Hajduk, Kartuzy i powiat w latach 1939-45 [w:] Dzieje Kartuz, t. 2, Kartuzy, 200, s. 228
  2. Walkusz, Wojenne losy duchowieństwa katolickiego ziemi kartuskiej 1939 – 19945, Kartuzy 1999, s. 24
  3. Ciemiński, Album kartuski, Gdańsk 1991, s. 27
  4. Raepke. Kościół dawnej kartuzji Kaszubskiej w Kartuzach, s.162

Pomerania, 1983, nr 11